mój organizm po raz kolejny dał mi bolesną nauczkę, przypominając tym samym, że wymaga specjalnego traktowania jak jakiś ratlerek francuski czy inny pudel salonowy. a może to ja przesadzam i wciąż nie chcę zrozumieć, że nie jestem czołgiem? bo może to logiczne, że po 20 miligramach lekarstwa-zwalającego-z-nóg nie powinno się…
czasem myślę sobie, że poruszanie się po drogach jednokierunkowych jest po prostu nieekonomiczne. podobnie jak granie w piłkę z betonową ścianą. „prawie jak…” robi jednak różnicę.
zamiast zapalić za Ciebie świeczkę w jakimś kościele, wolałabym napisać list, albo wysłać smsa gdzieś w przestrzeń. i powiedzieć Ci to wszystko, czego nie zdążyłam, myśląc, że kiedyś jeszcze się spotkamy, bo przecież emocje już opadły, a każde z nas ma własne życie. Twoja śmierć to jakiś makabryczny żart. podobnie…
kiedy latem zeszłego roku po raz pierwszy usłyszałam „man is the baby”, coś mnie w środku zabolało. i boli do dziś. cholera, nie wiem, na czym to polega, ale zawsze – ilekroć słucham pieśni (nie, nie piosenek, ale pieśni) antony’ego dławi mnie w gardle i chce mi się płakać. i…
w drodze do pracy czytam w tramwaju gazetę [jakiemuś kolesiowi przez ramię], nagle widzę tytuł: „Wenezuelska ropa dla Chińczyków” i – nie wiedzieć czemu – odżywają mi w pamięci te wszystkie międzykontynentalne bajki z dzieciństwa – te o sindbadzie żeglarzu, o ali babie i czterdziestu rozbójnikach, nawet o koziołku matołku…
[wszak nikt nie wyprostuje ich za mnie] dziś oficjalnie powiedziałam [komu trzeba], że korporacja to nie moja bajka. media – owszem, ale z zdecydowanie bliżej eteru niż wielkich interesów. pozbyłam się służbowej komórki, której smycz ostatnimi czasy coraz bardziej zaciskała mi się na szyi. byle wytrzymać do lipca, a wrócę…
naładowana zmysłową energią – nie mogłam spać, nie umiałam znaleźć sobie miejsca w łóżku, ani poza nim. może przez to hinduskie żarcie, a może przez wiosnę – budzą się we mnie dzikie zwierzęta.
wciąż tak złorzeczę i klnę, aż mi się te słowa wszystkie do cna zdewaluują, a wtedy już będę tylko milczeć. swoją drogą, to straszne, że przy byle okazji na usta cisną mi się najgorsze przekleństwa. czyżbym była aż tak wulgarna? a może po prostu nie mam juz siły szukać synonimów…
nie dość, że niedziela, to jeszcze wiosna i jasność zaokienna, która nie pozwala mi usiedzieć w miejscu. wyjść by się chciało i pohasać, ale przecież drugi etat się kłania i stosy białych kartek do zapisania treścią, która jeszcze nie powstała, a rodzi się dosyć opornie. nie potrafię tak szybko przestawić…
a jeśli chcesz wiedzieć, czemu tak trwam i trwam, i wcale nie mam zamiaru ruszać się z miejsca, by gonić za czymś nowym i wspaniałym, otwórz proszę baumana i przeczytaj. [„płynna nowoczesność” str. 248]
kompromisy nie są już możliwe. zabawa się skończyła. zostało nam tylko życie, które jest cholernie serio. i nie ma już czasu, by je przepierdalać, trwoniąc czas i energię na generowanie iluzji, która nie zaspokaja żadnego z naszych głodów.
dzizys, kurwa, przezabawne. o 3 nad ranem, jadąc taksówką z jednego końca miasta na drugi, słyszę w radiu piosenkę osieckiej i płaczę bezgłośnie w kołnierz kurtki. Deszczowe wtorki, które przyjdą po niedzielach, kropelka żalu, której winna jesteś ty, nieprawda, że tak miało być, że warto w byle pustkę iść, to…
ZAZIE
Blog Zazie jest jednym z najstarszych i najdłużej prowadzonych blogów w polskim internecie. Założony w 2002 roku na platformie blog.pl, w 2010 przeniesiony na wordpressa i domenę dev.zazie.com.pl.
© 2002 – 2026 · Olga Zazie Gromek