
lecz po nocy przychodzi dzień, a po burzy… dżdżownice wyłażą z ziemi. wracałam do domu w wieczornych strugach marcowego deszczu i tak mi było lekko, jakby to wszystko, o czym tutaj marudzę, nie miało większego znaczenia. a więc jednak – pojedyncze rysy i głębokie bruzdy nie psują bezsprzecznej urody krajobrazu.…

opierdol z rana jak śmietana. nieco kwaśna i gorzka, ale do przełknięcia. moja wina. nie byłabym sobą, gdybym czegoś nie spieprzyła. i się rozpieprzyła. taka karma. life goes on. an on. and on. and on. poboli i przestanie, nic ci nie będzie. nic z tego nie będzie. słowo na dziś:…

przynajmniej raz w tygodniu czuję się najgorszym copywriterem świata oraz najbrzydszą dziewczyną pod słońcem. przez resztę dni jest znośnie, co znaczy, że udaje mi się przemykać niezauważoną – bez potykania się o własne niezgrabne ciało i koślawe kadłubki zdań pokrętnie złożonych. myślę sobie, że chciałabym się schować jeszcze bardziej, nie…

nikt nie przypuszcza. nikt nie wie. sama przed sobą ledwo się do tego przyznaję. ale to jest. jest. trwa od wielu miesięcy. i nie słabnie. nie odpuszcza. nie daje mi spokoju. powiedzmy, że traktuję to jako obsesję. z bogatego repozytorium dotychczasowych koszmarów – ta akurat jest wyjątkowo bezbolesna. choć równie…

wiosnę przywitałam w nastroju bardziej niż ponurym. no cóż, zdarza się. biorę to za dobry znak udanego sezonu – na przekór wszystkiemu nie dopadł mnie słomiany zapał, okołosłoneczna euforia i płonny entuzjazm wiosennej równonocy. odwrócona plecami do wszystkiego czekam na. cokolwiek.

jestem na diecie. oraz w szoku. chudnę. wszystko przez Czmudę, bo ona też. a ponieważ chwalić dnia przed zachodem słońca tym razem nie będę, skóry na niedźwiedziu dzielić jeszcze nie zamierzam, ani tym bardziej mówić ‘hop!’ w trakcie rozbiegu – więc wszelkie szczegóły i inne rewelacje zostawię dla siebie. na…

jest mi dobrze. jest mi tak dobrze, że aż sama się sobie dziwię. oraz trochę światu, że mi na to pozwala. codziennie wstaję o szóstej, w radosnym pośpiechu, nie dosuszam włosów, biegnę przez park, przysiadam w porannym słońcu na Ławeczce Entuzjazmu im. Sputnik Studio i trwam sobie przez kilka chwil,…

odbudowałam dioramę ogrodu, słuchając możliwie najsmutniejszych piosenek świata. teraz czeka mnie budowa laboratorium cybernetycznego Jakoba von Burkhardta. poza tym – niczym baron Munchausen – próbuję samą siebie wyciągnąć za włosy z bagna. a raczej z kanału, w którym ugrzęzłam jakiś czas temu, spuszczając się w dół rzeki razem z falą…

początek marca to czas słuchania smutnych piosenek i lekkiego niedowierzania, że oto w jednym kawałku udało nam się przetrwać zimę. teraz już z górki, byle do wiosny, truchtem, przez brudne ulice i organiczne resztki minionego sezonu. biegnę, przystając co chwilę. czekam, nasłuchuję. z małego skrawka ziemi gdzieś pomiędzy turcją, armenią,…

chodzę jakaś taka przestraszona, nastroszona i wypatroszona – jakbym nie potrafiła odnaleźć się w sytuacji: że oto można i trzeba żyć gdzieś tak pośrodku, między udręką a ekstazą, nie zbliżając się zanadto do żadnej z nich, nie ocierając się ani o górne ani o dolne rejestry, balansować pokornie niczym cyrkowa…
ZAZIE
Blog Zazie jest jednym z najstarszych i najdłużej prowadzonych blogów w polskim internecie. Założony w 2002 roku na platformie blog.pl, w 2010 przeniesiony na wordpressa i domenę dev.zazie.com.pl.
© 2002 – 2026 · Olga Zazie Gromek