Ostatnio jedna z Was napisała w komentarzu – i wielkie dzięki za to, Ronja! – pod filmikiem o diecie Dr Beck, że tęskni za tymi śmiesznymi gifami, żartami i wygłupami, na które sobie pozwalałam, przerabiając ten program kilka lat temu.
Skłoniło mnie to do chwili zastanowienia: Właściwie czemu już tego nie robię? Czemu przestało być zabawnie, hucpiarsko i na grubo? Dlaczego zamiast tego są filmiki i wszystko jest bardzo na serio?
Może dlatego, że po tylu latach odchudzanie przestało mnie już bawić. Po tylu próbach, kolejnych dietach, katorżniczych kuracjach z pogranicza medycyny i czarnej magii, po tylu załamaniach, efektach jojo, problemach i zwątpieniach – odchudzanie straciło dla mnie tę nutkę wspaniałej przygody, sprawdzania siebie i testowania swoich granic.
Poza tym, umówmy się, co innego chudnąć z 75 kg do 55 kg, a co innego schodzić z mojej obecnej masy-mutant do rozmiarów przeciętnego człowieka. Teraz to jest po prostu walka i totalna desperacja. Już nie po to, żeby ktoś kochał mnie (i moje ciało) bardziej czy żeby lepiej wyglądać w ciuchach. Teraz to walka o zdrowie, o sprawność, o normalne życie.
Nie wiem, być może teraz jestem na etapie kryzysu, smutku i zwątpienia. Minęły czasy, gdy lekką ręką chudłam 20 kg w 2 miesiące i tym samym całe odchudzanie miałam z głowy. Teraz to męka. Mój organizm jest już inny. I pomimo wspomagania Saxendą, jeśli w miesiąc zrzucę 3-4 kg, to uznaję to za ogromny sukces. Nie wiem, może kiedy kilogramy znów zaczną lecieć na łeb-na szyję, wróci moja dawna wesołkowatość odchudzaniowa. Póki co, piszę do Was z lekko mrocznej otchłani i bardzo potrzebuję wsparcia. Więc jeśli tu jesteście i też się odchudzacie lub planujecie to uczynić, to dajcie znać w komentarzach. Dzięki!


Dodaj komentarz