Czy każda blogowa notka musi być istotna, utkana z kunsztownie dopasowanych słów, pęczniejąca od znaczeń ukrytych pomiędzy wierszami i poświęcona odwiecznemu bólowi dupy? No nie musi. To po pierwsze. Po drugie: jutro są moje imieniny, jako że w papierach mam “Olga”, więc wydaje mi się to całkiem dobrym pretekstem, by zacząć nowe życie. Które to życie zaczynam od lat: co poniedziałek, albo od pierwszego, albo kurwa, nie – od piętnastego, bo jeden i pięć to sześć, a sześć to na kabalistycznym drzewie życia sefira tiferet, czyli równowaga i samoświadomość. poza tym sześć da się podzielić na dwa, a dwa to zawsze raźniej niż jeden, a ja się boję samotności. Bałam się jej od zawsze i może dlatego z tej bojaźni zostałam dzikusem i odludkiem, na zasadzie: lecz się tym, czym się strułeś. Idąc dalej, od wielu miesięcy leczę się również jedzeniem, które – no ja pierdolę, co za niespodzianka! – po raz kolejny okazało się fałszywym przyjacielem, prowadząc mnie za rączkę krętą ścieżyną (“chodź, pokażę ci małe kotki w piwnicy!”) tuż nad skraj przepaści i w finałowej scenie kopiąc mnie w dupę: “ej, patrzcie jak gruba leci!”.
Lądowanie okazało się twarde, acz pouczające: po raz kolejny ważę 96kg, jak do tego doszło, nie wiem. Mam w tym momencie jakieś jebane deja vu, bo już tyle razy to pisałam, zaczynając kolejne z moich nowych żyć, że ja pierdolę. No ale co zrobisz, boku nie wyrwiesz…



Dodaj komentarz