
Pierwszy raz zapragnęłam zwrócić na siebie uwagę jeszcze w liceum. Nie wiem, dlaczego. Może z nudów, albo po prostu poprzewracało mi się w dupie, bo za dobrze miałam w życiu i chyba za mało lano mnie pasem w dzieciństwie. To było zaraz po tym, jak przez wiele miesięcy chorowałam na nerki. Jakoś tak nie mogłam wziąć się w garść i stanąć na równe nogi, może dlatego, że leżałam w szpitalach pośród starych ludzi, którzy padali jak muchy, głównie w listopadzie i zawsze nocą. Katowałam wtedy na słuchawkach “Ogród koncentracyjny” Świetlików, żeby nie słyszeć, jak kobiety z sali chrapią i bulgoczą przez sen resztkami życia.
W szpitalu odwiedzał mnie mój ówczesny chłopak, który za każdym razem męczył mnie, żebyśmy poszli uprawiać seks do takiego małego kantorka n klatce schodowej, poza oddziałem, gdzie trzymano wózek do przewożenia zwłok, a czasem i same zwłoki, które miały dyskretnie doczekać do rana, by nie wzbudzać niezdrowych sensacji na oddziale i nie obniżać morale innych pacjentów. Żeby nie spowodować, broń boże, jakiejś zbiorowej histerii i owczego pędu do umierania nocą, bo przecież wózek był tylko jeden, więc obowiązuje kolejka.
Nigdy nie uległam namowom, by wejść do kantorka, choć chłopak straszył mnie, że jeśli tego nie zrobię, to on pewnie też umrze. No i umarł, ale dziesięć lat później. Na oddziale był taki stary lekarz z krawatem zrobionym na drutach, z beżowej włóczki – no kurwa, przysięgam, coś ohydnego – zapewniał mnie, że nic nie powie moim rodzicom, ale koniecznie chciał wiedzieć, czy podczas współżycia płciowego odczuwam orgazm. Nie odczuwałam. Matka odetchnęła z ulgą, gdy włóczkowe dziadzisko przekazało jej tę radosną nowinę.
Tymczasem czekał mnie egzamin komisyjny z fizyki, a nauczenie się na pamięć kilkuzdaniowego dialogu po francusku o robieniu zakupów na targu było ponad moje siły i doprowadzało mnie do rozpaczy. W Polsce trwała denominacja, rok 1995, w całej Warszawie wisiały billboardy obwieszczające, że Skłodowska-Curie warta jest tylko 2 złote, a Moniuszko 10. Straszna chujnia.
Matka, przerażona i zdezorientowana, woziła mnie autobusami na drugi koniec miasta do jakiejś starej Rosjanki, która wahadełkiem usiłowała wyrównywać mi poziom witamin we krwi, masażami przywrócić radość życia, a rysowaniem ósemek na papierze zwiększyć pojemność mojego mózgu. Było mi dokładnie wszystko jedno. Jedyne, na co zwracałam uwagę, to dudnienie telewizora u jej sąsiada za ścianą. Tak się nie da żyć – myślałam – nie z tym telewizorem za ścianą.
Nienawidziłam odgłosów ludzkiej codzienności. Pamiętam, że drzwi mojego pokoju obiłam od środka grubą warstwą tektury i karimatami, a przed wejściem powiesiłam na hakach… dwie zszyte kołdry obleczone dla niepoznani brązową tkaniną. Miało być cicho. Miało być, kurwa, cicho. Mieliśmy umierać wszyscy razem, w milczeniu.
Że też nie przyszło mi wtedy do głowy, że wystarczy tylko wziąć się w garść, uśmiechnąć się i wyjść do ludzi.

Antydepresanty zaczęłam brać dopiero 4 lat później, podczas drugiego epizodu depresji. Miałam 21 lat i pierwszy raz w życiu poczułam, że życie może być całkiem znośne. Więc jeśli ktoś będzie mi pierdolił o spisku big pharmy i o tym że depresję można leczyć sportem, rekreacją i pozytywnym myśleniem – to nie ręczę za siebie.

Więcej o moich wieloletnich zmaganiach z depresją – tutaj: dev.zazie.com.pl/psyche



Dodaj komentarz