Od kilku dni zdradzam Wam na blogu swoje pilnie strzeżone tajemnice, dlatego nic nie stoi na przeszkodzie, abyście poznali kolejną – tym razem prawdziwą perełkę, której zawdzięczam nie tylko anielską cierpliwość do trwania w najbardziej niekomfortowych układach międzyludzkich oraz niemą pokorę w wiecznym godzeniu się na życiowe mało, niewiele, trochę i minimum.
Uważajcie, bo sprzedam Wam teraz pewien niezawodny trick, który pozwoli każdemu z Was bez żalu rezygnować z marzeń i ambicji; bez wstydu zaniechiwać działań i wycofywać się z wszelkich aktywności; a także porzucać rzeczy, plany i ludzi, na których naprawdę Wam zależy.

Nie obiecam Wam jednak, że ten myk zadziała w każdym przypadku, ponieważ jest nierozerwalnie związany z pewną psychiczną przypadłością, zwaną potocznie nerwicą natręctw, a formalnie: zaburzeniami obsesyjno-kompulsywnymi (ZOK) czyli obsessive-compulsive-disorder (OCD), na które mam przyjemność cierpieć od 10 roku życia.
Niestety moja nerwica natręctw nigdy nie była tak zabawna jak zestaw codziennych rytuałów i kuriozalnych procedur Adasia Miauczyńskiego z filmów Koterskiego, a bogate repozytorium obsesyjnych myśli i przymusowych czynności niestety nigdy nie koncentrowały się na kwestiach porządku, symetrii, higieny i bakterii. Nie wchodząc w szczegóły, napiszę tylko, że od dzieciństwa wszystkie moje natrętne myśli, które pulsowały w głowie, niemal rozrywając ją od środka – krążyły wokół śmierci. Obsesyjny lęk przed śmiercią, chorobą i odejściem moich bliskich był dla mnie odwieczną torturą, ponieważ – na skutek bliżej nieokreślonych ciągów przyczynowo-skutkowych – jedyną odpowiedzialną za cudze nieszczęście, cierpienie, chorobę czy śmierć byłam tylko i wyłącznie ja.
Ja, Olga. Mająca lat dziesięć, piętnaście, dwadzieścia, trzydzieści… Nie każcie mi tego wyjaśniać. W nerwicy natręctw nie ma logiki, racjonalnego myślenia i panowania nad własnymi emocjami. Jest za to przeogromny lęk, jeszcze większe poczucie winy oraz coś, co nazywane jest “myśleniem magicznym”. I to jest właśnie ten jebany trick, dzięki któremu możecie spierdolić sobie połowę życia.
Myślenie magiczne w nerwicy natręctw – choć brzmi całkiem łagodnie i niemal poetycko – w rzeczywistości jest okrutnym mechanizmem, który pozwala Ci wierzyć – mimo iż racjonalnie zdajesz sobie sprawę z jego absurdalności – że wykonanie lub niewykonanie określonych czynności jest w stanie ochronić Ciebie lub Twoich bliskich przed czyhającym zewsząd niebezpieczeństwem. Te natrętne czynności (kompulsje) w większości przypadków OCD przybierają formę specyficznych gestów, ruchów czy zachowań, jak również powtarzaniu pewnych słów, ciągów wyrazowych czy swoistych “zaklęć”. Ich głównym celem jest choćby chwilowe zmniejszenie napięcia i lęku towarzyszącego obsesyjnym myślom.
Niestety w moim przypadku kompulsje przybrały formę zaniechiwania działań, przerywania aktualnie wykonywanych czynności oraz wycofywanie się z wszelkiej aktywności – słowem: zastygałam w stuporze, redukując do minimum swoją “obecność” – wierząc, że dzięki temu “nie stanie się nikomu nic złego”, za co rzecz jasna byłabym odpowiedzialna.
– Nie idź tam, Olga, bo komuś stanie się coś złego.
– Nie zakładaj tego ubrania, bo Twój chłopak umrze.
– Wiem, że bardzo chcesz tam jechać, ale musisz się poświęcić i zostać.
– Skasuj ten tekst, mimo że napisałaś już 20 stron. Skasuj, a nikomu nic się nie stanie.
– Nie, nie możesz o tym marzyć, masz już wystarczająco dużo.
– Nie sprzeciwiaj się swojemu partnerowi! Uważaj, bo może widzisz go po raz ostatni w życiu.
– Jeśli będziesz chciała więcej niż możesz mieć, ktoś bliski zapłaci za to życiem.
– Nie myśl źle o tej osobie, nawet jeśli Cię krzywdzi, bo stanie jej się coś złego i będzie to twoja wina.
– Twoje plany i aspiracje są tak zuchwałe, że na pewno zostaniesz za nie ukarana.
– Nie możesz być na nikogo zła, bo sprowadzisz nieszczęście.
– Nic nie zmieniaj w swoim życiu, bo zobaczysz, wszystko się zawali i wszystko stracisz.
Oto myśli, które nieprzerwanie dźwięczą w mojej głowie od 30 lat, przeplatając się z obsesyjnymi myślami o śmierci i katastrofie, brutalnymi scenami krzywd, które mogę niechcący wyrządzić samym tylko negatywnym myśleniem o kimś albo zuchwałym nadmiarem żądań i oczekiwań wobec świata. Nie wolno mi. Nie wolno mi pod groźbą wystąpienia mniejszego lub większego końca świata.
Dlatego od lat nie dowierzam okresom spokoju i szczęścia w moim życiu, bo przecież nie zasłużyłam. Dziwię się, że Marcin mnie kocha i tak po prostu chce ze mną być, bez względu na to, ile ważę i jak wyglądam. Nie ufam, gdy ktoś mówi mi, że jestem mądra, fajna i dobrze piszę. I że zasługuję na dobre życie albo mogę marzyć o czymś więcej niż pisanie tekstów na zlecenie i cudze nazwisko.
O wiele łatwiej uwierzyć mi, że muszę nieustannie pokutować za jakieś swoje grzechy: myśli, mowy, uczynku lub zaniedbania. Że muszę być cicho i godzić się na wszystko, niezależnie od tego, jak bardzo jest mi w tym niewygodnie, boleśnie czy niesprawiedliwie. Że nie mam prawa czuć się zraniona, wykorzystana, oszukana czy upokorzona.
Dlatego jestem idealną partnerką do wieloletniego życia w przemocowym związku. Tylko czekam aż Ktoś obarczy mnie odpowiedzialnością i winą za wszystko, co złe – za wszystkie swoje przeszłe, teraźniejsze i przyszłe krzywdy; za trudne dzieciństwo, za słaby start w życiu, za problemy ze zdrowiem, snem i wypróżnieniem; a nawet za to, że mnie zdradził i wykorzystał, bo przecież nie mógł inaczej, gdyż byłam tak straszna, że po prostu nie było innego wyjścia. A ja nawet nie mogę poczuć złości, bo przecież zaraz zostanę kurwa ukarana i cos się stanie, ktos umrze, świat wybuchnie i to będzie moja wina.
Dlaczego piszę o tym dzisiaj? Dlatego, że wczoraj – ni z tego, ni z owego, po 4 latach ciszy i względnego spokoju – Kumok znów zaczęła mieć ataki padaczkowe. Wiem, że racjonalna przyczyna choroby Kumoka jest inna, ale i tak czuję się winna: to przeze mnie, bo po tylu latach odważyłam się 2 dni temu napisać kilka słów prawdy o moim związku i dać wyraz złości, którą w sobie noszę, więc choroba Kumoka jest karą.
Sami przyznacie, że w tym szaleństwie jest metoda. W tym absurdzie jest logika.
PS. Oczywiście, że się leczę. Dwadzieścia lat psychoterapii i nieustanne branie leków sprawiło, że w ogóle jestem w stanie jako tako funkcjonować i pracować. Czy spełniać marzenia, realizować plany i osiągać cele? Nie. Bo nadal w głębi serca czuję, że na to nie zasługuję. Nerwica natręctw ostro ryje banię, zwłaszcza, gdy zaczyna się w dzieciństwie.


Dodaj komentarz