Od niemal 3 miesięcy ważę jakieś ±76kg i dalej waga nie chce drgnąć. Chyba nawet wiem, dlaczego.
Po pierwsze: zapewne zaliczam odchudzaniową fazę plateau.
Po drugie: moje zaburzenia jedzenia (o podłożu emocjonalnym) mają aktualnie wręcz wymarzone warunki, by rozwijać się szybko i bujnie.
Po trzecie: mój organizm nieźle dostał po dupie – utrata 20kg w ciągu zaledwie 2 miesięcy to jednak nie w kij dmuchał i byłabym chyba cyborgiem, gdybym nie odczuła tego na własnej skórze. Osłabłam i… wyłysiałam. Serio. Połowa moich bujnych włosów poszła się gonić. Zostały mi na głowie jakieś nędzne resztki, które w przypływie frustracji najpierw skróciłam o połowę, a potem ogoliłam maszynką do zera.
Co poza tym? Miotam się między trwaniem na rygorystycznej diecie a kompulsywnym rzucaniem się na żarcie. Tak, wszyscy, którzy mnie ostrzegali przed tak szybkim chudnięciem – mogą teraz zabrać głos w sprawie.
Wiem, że muszę teraz podreperować organizm, zanim znów zacznę chudnąć do prawidłowej dla mnie wagi. Z braku ubezpieczenia zdrowotnego – wykupiłam abonament medyczny w “sieciówce” i zamierzam się gruntownie przebadać. Łykam suplementy, w łysą pałę wcieram cudowne paskudztwa na porost włosów, dużo śpię i staram się maksymalnie ograniczyć stres. Próbuję medytować i oddychać, ćwiczę uważność. Usiłuję nauczyć się szacunku do własnego ciała, uporządkować emocje i wyciszyć głowę. Z bólem serca odcinam toksyczne więzi, już chyba bezpowrotnie tracąc nadzieję na bycie wysłuchaną i zrozumianą.
Przyłączysz się? Ciałopozytywnie o życiu, tyciu i chudnięciu




Dodaj komentarz