Jeśli myślicie, że moje chudnięcie z masy-mutant do rozmiarów przeciętnego człowieka to jakiś triumfalny pochód pośród leżących pokotem i konających ze smutku pokus gastronomicznych, złych myśli i zwątpień – to jesteście w błędzie. Fakt, że nie łamię diety, nie grzeszę i nie cheat’uję, ale Ganesha mi świadkiem, ile siły, samozaparcia i nerwów mnie to kosztuje.
Nie przeczę, że opieka profesjonalistów to w zasadzie połowa sukcesu, bo jednak myśl, że miałabym zawieść tyle wierzących we mnie osób zdecydowanie trzyma mnie w pionie. Ale po ponad 2 miesiącach i 20 zrzuconych kilogramach mogę z całą stanowczością stwierdzić coś banalnego w swej oczywistości: ani detoks i dobrze zbilansowana dieta, ani sukcesywne chudnięcie, ani zabiegi wspomagające, ani zajebista opieka Vimedu – nie rozwiązują tego, co mam w głowie, czyli zaburzeń jedzenia.
Moja relacja z żarciem jest totalnie chora, niezależnie od tego, czy jest to żarcie zdrowe i dietetyczne czy najgorszy junk food zaprawiony słodyczami. Teraz, w czasie trwającej terapii ketogenicznej, bardzo mocno czuję swój organizm i chyba po raz pierwszy w życiu nawiązuję z nim prawdziwy kontakt. Dowiaduję się o nim bardzo wielu rzeczy, zaczynam rozumieć niektóre z mechanizmów rządzących moim odżywianiem, na bieżąco obserwuję skrajności, w które nieustannie popadam i płynność granic, które przesuwam w zależności od sytuacji.
Jestem w pełni świadoma tego, że nawet schudnięcie do 65 kilogramów nie rozwiąże automatycznie tych problemów. Wiem, że głębi duszy chyba na zawsze pozostanę grubaską, której jedynym sposobem na poradzenie sobie z trudnymi emocjami jest obżeranie się. Wiem, że muszę przełamać w sobie ten schemat – tak jak terapia ketogeniczna skutecznie przełamała mój oporny metabolizm. Chcę zrobić to sama, a przynajmniej łudzę się, że poradzę sobie sama ze sobą, bez kolejnych miesięcy spędzonych u psychoterapeuty.
Jeśli ktoś z Was, czytających to teraz, przeszedł podobna drogę – wyszedł lub wychodzi z zaburzeń odżywiania, odchudza się lub nabiera właściwej masy, uczy się samoakceptacji oraz nowego sposobu na radzenie sobie z emocjami – dajcie mi proszę znać w komentarzach, polećcie jakieś dobre książki, blogi, kanały na youtube, cokolwiek. Dajcie mi znać, że jesteście i że nie jestem jedyną grubaską na świecie, która już nigdy nie będzie mogła “normalnie” jeść z lęku przed błyskawicznym i niepohamowanym tyciem.
Przyłączysz się? Ciałopozytywnie o życiu, tyciu i chudnięciu




Dodaj komentarz