… takiego prawdziwego bloga z codziennymi notkami, fotkami i masą nieistotnych z pozoru pierdół, które czytane po latach okazywały się najważniejszymi magdalenkami moich wspomnień, milowymi kamieniami doświadczeń i kluczowymi punktami orientacyjnymi na mapie minionych lat. ostatnimi czasy zaniechałam działalności kartograficznej, skutkiem czego mam już sporą kolekcję białych plam historii, skrzętnie uzupełniany zbiór upartych przemilczeń i dyskretnych niedomówień, które zebrane razem tworzą autonomiczne terytorium ziemi jałowej, porzuconej i bezludnej.
pamiętam, że kiedyś miałam życie. takie normalne życie, pełne zwykłych i dziwnych dni, ludzi, zdarzeń, emocji.
wyczyściłam je do cna, do niepoznania, do bólu.
niezapisane istnieje, owszem, krzewi się bujnie, nieplewione i dzikie, uparcie spychane na margines – tak, by nie zasłaniało mi horyzontu; tak bym bez przeszkód mogła się napawać dojmującą pustką mojego wewnętrznego krajobrazu.
gdyż tak to zaplanowałam, by dokopać sobie jeszcze mocniej.
skoro sama się w to wpierdoliłam, to i sama muszę siebie z tego wyciągnąć.
paroksetyna i bupropion nie mają tu nic do rzeczy.
you’ve got to rise your hands to the sky. see the love in your eyes.
you’ve got to make a move. you’ve got to make it through.
you’ve got to feel real of yourself.
you’ve got to make a move.
so
stand up.


Dodaj komentarz