Ostatnio usłyszałam, iż wierzyć się nie chce, że tak bezsensownie zaprzepaściłam swoją dietę, treningi i całe to wielomiesięczne odchudzanie, a zgubione 20kg zamieniłam na galopującą depresję i 15kg na plusie. No cóż, kurwa. Stało się. Kondolencje przyjęte.
I co teraz? Mam sobie strzelić w łeb? Usiąść i gorzko zapłakać? A może machnąć na wszystko ręką i iść dokończyć kolejną tabliczkę mlecznej czekolady, zagryzanej frustracją, zgrzytaniem zębów ze złości i gorzkimi łzami porażki? Nic z tego –
– odpowiedziałam.
Żyję. Byle jak poskładana do kupy, ale żyję. A skoro żyję, to nadal mam szansę. To przywilej, jakich mało.
Dlatego darowanemu życiorysowi nie zagląda się w przykre i wstydliwe zakamarki, jałowe lata posuchy, białe plamy w karierze, poskreślane fragmenty i wykropkowane miejsca. Mam ich dużo.
Wszystkie są moje i wszystkie są mi potrzebne. Właśnie takie sobie wybrałam, żadne inne. Przerabiam sobie kawałek po kawałku ten cały syf, ból i chaos; wpadam w depresję i podnoszę się z niej za każdym razem; chudnę, tyję, brzydnę, ładnieję. Żyję. Walczę. Próbuję.
Nikt nie każe ci na to patrzeć.
[Moderat, Rusty nails]


Dodaj komentarz