
Bardzo Cię, kurwa, szanuję, ale dosyć już tego śmieszkowania i pajacowania na fejsbuniu. Naprawdę. Koniec z tym, atencyjna pipo. Robisz wokół siebie duży szum, sztuczny tłok, kolorowe jarmarki i niewidzialne fajerwerki.


Fakt. Facebook sprawił, że jeszcze bardziej zamknęłam się w sobie, otoczyłam kredowym kołem, zamurowałam w wysokiej wieży, przez okienko której ochoczo macham kolorowymi balonikami i girlandami plastikowych kwiatów; sypię confetti, wyciągam króliki z kapelusza, puszczam bańki mydlane i rzygam brokatem z cekinami.
A potem odchodzę od okna, kładę się na podłodzę i leżę, nasłuchując upragnionego zgrzytu opuszczanego mostu, skrzypnięcia drzwi, kroków na kamiennej posadzce. Tymczasem cisza. Cisza.
Potem zaczynam słyszeć. Zrazu pojedyncze łupnięcia i trzaski, złowrogi pomruk materii, napiętej do granic możliwości, aż w końcu pękającej, najpierw dyskretnie, tu i ówdzie, ledwo dostrzegalnymi pajęczynami draśnięć i skaz; po chwili kruszejącej i rozszczepiającej się na trudne do zidentyfikowania fragmenty, całe w kurzu, pogrążone w głuchym dudnieniu rozpadającej się scenografii. I tak oto niknie piękny krajobraz otaczający wieżę. Bujnie drapowana zieleń lasów, szeleszcząca folia życiodajnych źródeł i czcigodne makiety błękitnego bezkresu nieba doznają uogólnionego pierdolnięcia i ostatecznego unicestwienia. W końcu pęka fasada samej wieży, a ja okazuję się paprochem z pudełka od zapałek.
Ja biedulka, ja niebożątko, ojejku-jejku. Odrobinę żenujące. Odrobinę bardzo.
Mam prawie 40 lat i problemy zahukanej nastolatki. Bo nie umiem z ludźmi. Nie mam odwagi, nie chcę, ale przecież chcę. Ale nie, bo się boję. Tu za blisko, tam za daleko. No kurwa.

Także tak. Unikam, uciekam, wycofuję się.
Z miłym uśmiechem, buziaczkami i zapewnieniami,
że wszystko jest w porządku. Gdy nie jest.

Psychiatra podczas ostatniej rozmowy o konieczności realnych kontaktów z prawdziwymi ludźmi – relacji naturalnych i zdrowych, bez mojego czajenia się, naginania, podkładania i usilnego wtapiania się w otoczenie – sugerował mi również (prócz wycofania się z social mediów) definitywne zamknięcie bloga. Mam się komunikować z osobą, a nie z edytorem tekstu.
Oraz: na zewnątrz być taka sama jak w środku. Hell yeah!

Generalnie rozumiem, ogólnie to się zgadzam, ale… blog też?!! Sorry, ciężko mi porzucić tę moją rzewną grafomanię, która jednak przez tyle lat coś mi tam daje i coś sobie nią załatwiam. Albo tylko udaję i jak zwykle mydlę sobie oczy, że załatwiam. Nie wiem.
Jakkolwiek: zastanawia mnie tutaj moje wrodzone upodobanie do nierzeczywistości i pragnienie ukrycia się w którejś z jej bocznych odnóg. Oto moje fantastyczne historie, zmyśleni bohaterowie, lalki, fantomy, scenografie, dioramy i mikroświaty.
A na wyciągnięcie ręki – internet.

W zamierzchłych czasach Nokii 3310 i monofonicznych dzwonków, gdy smsy liczyły sobie po 160 znaków i ani jednego więcej, w internetach królowały blogi, a o społecznościówkach nikt jeszcze nie śnił, miało się wrażenie uczestniczenia w pewnej zbiorowości, w której każdy miał swoją przestrzeń, swoją rolę i swoją historię.
W tej cyberprzestrzeni intuicyjnie mościliśmy sobie gniazda, nory i dziuple; wytyczaliśmy codzienne trasy, utarte bezpieczne ścieżki i wspólne tłumnie przemierzane deptaki, ale i potajemne podziemne korytarze, odwiedzane po cichu, w samotności i nocą, pod osłoną innego IP.

I tak jak napisałam ostatnio:
Pamiętam internety sprzed Facebooka, sprzed Naszej Klasy, a nawet sprzed Grona i szybkich łączy Neostrady.
[kliknij w obrazki, by powiększyć]
[kliknij w obrazki, by powiększyć]
Pamiętam modem telefoniczny próbujący dodzwonić się do kosmosu, pamiętam horrendalnie wysokie rachunki z Tepsy, pamiętam blogi na Blog.pl i Net.art, pamiętam usenet, a nawet irc’e. Pamiętam Gadu-Gadu i komunikator Tlen, skrzynkę mailową na polboxie i poczciwe wyszukiwarki sprzed hegemonii Google’a.
Pamiętam siebie z tamtych czasów i poczucie, że wcale nie jestem w nieodpowiednim miejscu i nieodpowiednim czasie. Byłam u siebie.
screen serwisu blog.pl z 2001 (kliknij by powiększyć)screen serwisu blog.pl z 2001 (kliknij by powiększyć)
Każdy z nas powoli, konsekwentnie i wytrwale budował swoje continuum – pisząc, fotografując, tworząc, pierdoląc trzy po trzy, ale po swojemu.; bez nagłych wzlotów i bolesnych upadków, bez efemerycznych i absurdalnych fal hejtu znikąd i bez jednodniowych przypływów niezrozumiałej miłości od anonimowego tłumu. Wszystko zdawało się być uporządkowane w logiczny łańcuch przyczynowo-skutkowy, dając złudzenie przewidywalności i racjonalności, przy względnym okiełznaniu czynnika ludzkiego.
mój blog: zazie-dans-le-metro.blog.pl z 2003r.
mój blog: zazie-dans-le-metro.blog.pl z 2005r.
W epoce Web 2.0 mieliśmy wrażenie, że to my tworzymy internet. Pamiętam ekscytację, gdy kolega podłączał mój domowy komputer do amerykańskiego projektu SETI@home wykorzystujące moce obliczeniowe milionów prywatnych komputerów na całym świecie do poszukiwania i analizowania sygnałów cywilizacji pozaziemskich. Oprócz kosmosu mieliśmy blogi, odwiedzaliśmy nawzajem siebie i swoje miejsca, rozmawialiśmy o niczym i dyskutowaliśmy o wszystkim, budowaliśmy relacje, nierzadko przenosząc je do realnego świata. Jasne, że zawsze można było się spodziewać niezapowiedzianych lub wręcz nieproszonych gości, którzy nie dość, że włazili jak do siebie, robili rozpierdol, obrażali gości, a na finał rzygali ci na dywan.
No ale cóż, tak to jest jak się miało drzwi od ulicy, tej lub innej, modnej i w centrum lub zacisznej, na przedmieściu; w szemranej dzielnicy dziwek, nożowników i wykolejeńców; na nowoczesnym osiedlu młodych prężnych karierowiczów lub w uroczym zakątku rodzin z dziećmi, psami, klombami i drzewostanem.
Dzisiaj nie ma już tych internetowych dzielnic, zaklętych rewirów, przeklętych zaułków i malowniczych przedmieść. Nie ma odwiedzin, wpisów w księdze gości, grzecznych próśb o wolny slot na p2p. Czy ktoś dzisiaj pamięta, czym jest „netykieta”? Dawniej bycie internetowym trollem czy pospolitym chamem było największym wstydem i przejawem lamerstwa. Dzisiaj jest normą.
Zamiast społeczności internetu mamy dzisiaj jedno, monstrualnie wielkie i przerażająco duszne „centrum handlowe” – zamknięte pod szklaną kopułą z szyldem „Klikalność. Opłacalność. Monetyzacja”. W sterylnie uporządkowanej przestrzeni, symetrycznie podzielonej na departamenty i sekcje, królują nowoczesne supermarkety: modowe, urodowe, technologiczne, parentingowe i wszelkie inne o asortymencie na tyle chodliwym, by warto dlań budować osobny rynek. Popyt, podaż, kontent i optymalizacja. Bez zbędnego pierdolenia.

Pomiędzy hiper-, super- i mega- marketami tego „centrum handlowego”, oprócz nieco sunących jak glebogryzarki klientów, kręcą się tłumy sklepikarzy kupczących swoimi zasobami i straganiarzy usiłujących opchnąć swój towar byle komu i po byle jakiej cenie. Są też grupki drobnych cinkciarzy z gatunku ‘import-eksport-przemyt’ oraz ‘kopiuj-wklej-plagiatuj’, a także skupiska mniej, bardziej lub wcale nie- luksusowych cyber-prostytutek: tu wzięcie ma każda płeć, bez względu na wiek i wygląd, byle tylko dało się włożyć cokolwiek i wyjąć o wiele więcej. Ten rynek jest wytrzymały i chłonny jak materac w przydrożnym motelu. Nic tylko wystawiać, brać i korzystać, zarabiać, zarabiać, zyskiwać, monetyzować.

Jednak największym powodzeniem cieszy się wspólny dziedziniec “F” naszego giga-marketu: dostępny dla wszystkich, bez ograniczeń, bez zasad i bez wstydu. Tutaj wolno wszystko: od reklamowania swojego butiku, sklepiku i kramiku; przez rozdawanie ulotek na darmowe spektakle striptizu emocjonalnego lub towarzyskiego prania brudów; bicie piany, lanie wody i wywoływanie gównoburzy na każdy temat; robienie loda w ciemnym zaułku, kupczenie własnym ciałem w zachęcających pozach i sprzedawanie swoich dzieci do obwoźnego cyrku. Można tutaj tak wiele, bo wszystko trwa tylko chwilę, a potem znika, bynajmniej nie rozpływając się w nicości internetów. Ale kto by się tam przejmował, nie czas na sentymenty, gdy wszystko pędzi i czas scrollować dalej.

Z uporczywego poczucia samotności, izolacji, emigracji wewnętrznej i desperackiego pragnienia kontaktu, stoję w tym tłumie i patrzę. Mój kramik z minionej epoki jest na bakier z sieciowym marketingiem, trendami i zapotrzebowaniem rynku. Nie mam niczego, co innym opłacałoby się kupić. I dobrze, nie lubię się rozstawać ze swoimi rzeczami. Mimo wszystko – jestem tu i czegoś oczekuję.
Czego? Przypadkowego “Cześć!” rzuconego przez kogoś, kto pomylił mnie z psem sąsiadów? Pospiesznego poklepania po plecach przez dawną znajomą, która właśnie czeka na samolot lecący do Singapuru? Cukierka odruchowo rzuconego przez kogoś, kto wie, że lubię słodycze?
Czasem strugam na tym dziedzińcu wariata, śmieszkuję, pajacuję. Dostaję wtedy brawa i garść uniesionych kciuków – ‘haha, śmieszne!’ / ‘jesteś spoko, zaz!’ / ‘lubię twoje teksty’.

Myślę wtedy, że może jednak nie jestem aż tak niewidzialna i że nie powinnam dramatyzować. Trwa to chwilę, dokładnie chwilę. Potem znika, w gąszczu innych postów, newsów, memów i filmików. Nie zostaje z tego nic. Wylogowuję się i znów jestem sama, rysowana przerywaną linią, przezroczysta i jeszcze bardziej żałosna niż przedtem. Na co dzień niby mam na to wyjebane, ale w takich chwilach jak ta, kiedy siedzę pod ścianą, wykorzystawszy wszelkie opcje, bez możliwości dalszych ruchów – zdaję sobie sprawę, jak bardzo to wszystko nie ma sensu.

Dlatego zniknęłam z Facebooka, usunęłam wszystkie swoje posty, teksty i zdjęcia z 8 lat pobytu w tym dziwnym miejscu. Samo konto pozostawiłam aktywne, bo jestem jedynym administratorem mojej dosyć licznej „mopsiej grupy dyskusyjnej” i raczej nie zamierzam jej nikomu oddawać. Reszta spraw przestała mnie chyba interesować. Czy zatęsknię? Może. Póki co – wróciłam na bloga, którego „czytalność” i „klikalność” zapewne spadnie na łeb na szyję, gdy nie będę już zamieszczać linków do notek na Facebooku. A może mimo wszystko powinnam je zamieszczać? Nie wiem.
Na razie nic nie wiem, muszę się pozbierać. Jestem w proszku.
Łatwo rozpuszczalnym w wodzie i alkoholu, odrobinę musującym – resztkami sił.
Co u mnie? U mnie OK.
A poza tym zima.
Paroksetyna. Olanzapina. Buropion.
Chodzę grzecznie do psychiatry, łykam tabletki, poddaję się rozmaitym terapiom i robię naprawdę dziwne rzeczy, żeby tylko wygrzebać się z tego czarnego mułu na suchy ląd. I tak jak każe pan doktor – „nawiązać zdrowe relacje z ludźmi” i oprócz wysłuchiwania innych, zacząć w końcu mówić o sobie i swoich problemach.
Bla bla bla. Już nie mogę się doczekać.

Tymczasem do moich leków dołączam poniższe:

Bo może rację mają ci, którzy mówią:
„Weź się w garść i nie pierdol!”










Dodaj komentarz