A może już wystarczy?
Może już dosyć tego ciągłego oglądania się na innych; tego nieustannego nasłuchiwania, czuwania i rejestrowania niczym sejsmograf najdrobniejszych nawet wahnięć cudzych nastrojów?
Może już koniec z tym chowaniem pod bluzkę, upychaniem po kieszeniach i ukrywaniem własnych problemów tylko po to, by ze spokojnym oddechem i miłym uśmiechem biec w podskokach ogarniać cudze sprawy i dzielić się wątłymi resztkami własnej energii?
Owszem, tak robią przyjaciele. Ale czasem nawet “przyjaciel” potrzebuje wysłuchania, rady i wsparcia. Zwłaszcza gdy sam, od wielu miesięcy, tonie, zapada się coraz głębiej i coraz bardziej niknie. I nic o sobie nie mówi, zresztą nikt go o to nie pyta. Tym lepiej, że milczy, bo przecież jego własne problemy nie umywają się do cudzych. Chuj, no trudno. Może kiedyś. Mimo wszystko nadal się stara – być, słuchać, wspierać. Sam ledwo stojąc.
Aż w końcu pewnej nocy – po kilku godzinach trwania na przyjacielskim posterunku, pod ostrzałem ciężkiej emocjonalnej artylerii – kiedy w końcu wyczołguje się z bramy w rześką noc zimową, łapczywie chłonąc ciemne styczniowe powietrze i opierając głowę o zimny mur przedwojennej kamienicy – ów “przyjaciel”, wątły psychicznie jak jętka jednodniówka, doznaje momentalnego objawienia:
Że kurwa, może jednak dosyć.
Ani chwili dłużej.
Koniec.
Koniec z tym.
…
I tak oto wszystko do mnie dotarło i uderzyło z całą mocą, po wielokroć – z obfitą nawiązką, za wszystkie te chwile, których nie zauważyłam; które przegapiłam; które przeciekły mi przez palce i których nie zrozumiałam. Których nikt mi nie zwróci i których ja nie zwrócę nikomu.
I zrozumiałam, że nie ma już czasu. I że nikogo nie uratuję, jeśli najpierw nie ocalę siebie. I że nikt mnie nie wysłucha, jeśli ja nie wysłucham siebie. I że nikt mi nie pomoże, jeśli sama tego nie zrobię.
I że tak naprawdę nie powinnam niczego od nikogo oczekiwać, bo w ostatecznym rozrachunku każdy z nas jest sam – pojedynczy i samotny w starciu ze światem. I że każdy z nas ma swoja pracę do wykonania. I nikt nikogo w niej nie wyręczy. Nikt nikomu nie przekaże swojej energii, nie odda swojej siły do walki i woli do pracy nad sobą.
I że zamiast rozdawać innym resztki własnej energii i zbierać ją z podłogi, kiedy ze złością rzucają mi ją z powrotem w twarz, że “To nie to!” – powinnam zacząć ją szanować, oszczędzać i pielęgnować.
Bo nie dostanę żadnej innej. Znikąd i od nikogo.
Uciekasz, a mimo to usłyszę pytania, poczuję wzrok.
Każdy krok niepewny, szybciej, szybciej biegniesz
Każdy głos bezcenny, za nim, za nim biegniesz
Rodzi się nadzieja na odszukany cel
Tropi cię niepokój, niepokój porzuconych miejsc
To się nie powtarza, nie powtarza,
Nie powtarza, nie powtarza…


Dodaj komentarz