Depresja cofa mnie do stanu, kiedy nawet zamówienie taksówki wydaje się być wyzwaniem ponad siły i możliwości. A jednak. Wsiadam. Za kierownicą wielki misiek w bluzie od dresu, otoczony zapachem kiści kolorowych wunderbaumów zwisających z lusterka oraz specyficzną mieszanką wody toaletowej i fajek.
Dokładnie tak pachniał Piotrek, kiedy go poznałam te 25 lat temu. Myslałam, że nie mam pamięci do zapachów, a jednak.
Czuję się nieswojo, jedziemy, misiek za kierownicą milczy, za co jestem mu w tej chwili niewymownie wdzięczna. Zapadam się na siedzeniu i chowam twarz w szalik. Radio Vox FM napierdala poranną składanką hitów disco polo, na Towarowej korek, na Okopowej korek, za oknem wszystko ma kolor brudnej szmaty.
Po co ja właściwie tam jadę. Kolejna terapia, która ma wyssać ze mnie ciemność i wypełnić światłem. Poddaję się temu z lekką rezygnacją, lecz wciąż naiwnie wierzę w cud. Kątem oka widzę, jak misiek skręca z Powązkowskiej w Armii Krajowej.
– Ale… ale… Halo miśku! Halo miśku! Którędy?! – myślę sobie, ale chuj tam, nic nie mówię, zobaczymy, co będzie. “Dzisiaj z Voxem wygrasz milion i odstawisz się jak Bijąs!” – przekonuje mnie pan z radia. Wcale nie chcę. Kurwa, miśku, gdzie ty właściwie jedziesz…?
“Powiem ci na starcie, że łobuz kocha najbardziej, pi-pi-ripi-pi-pi…”
Pykam na telefonie, że się spóźnię. “Piękna sukienka opina ciebie, patrzę na metkę made-in-hewen, pi-pi-ripi-pi-pi…”. Nie wiem, gdzie jestem.
Biorę głęboki oddech i postanawiam skomunikować się z miśkiem. “Czy anioły pijają driny, ija-ijo, ija-ije…”
Okazuje się, że misiek się pomylił, gdyż źle zrozumiał. Ale nie ma problemu, zawrócimy i będzie pani zadowolona. No dobra.
“Chcesz łobuza, a ja myślę o arbuzach…” – to na finał, płacę, wysiadam; pamiętam, żeby nie jebnąć drzwiami, bo Syd zawsze na mnie krzyczy, żebym tego nie robiła. No więc nie robię, postanawiam już nie robić, bo przecież zaraz zacznę nowe życie, będę uleczona i dobra. Będę światłem i miłością. Tylko żebym nadal mogła ubierać się na czarno. To wesoły kolor, pogodny, tyle że w środku.
Dwie godziny później miła pani przykłada mi stalowy rozwibrowany kamerton do czakry serca. Bardzo boli. Pani mówi, że nie powinno i trochę się dziwi. Jestem zawstydzona i zaczynam wierzyć, że w środku naprawdę mam małe czarne spleśniałe serduszko.
Coraz częściej mam wrażenie, że cały świat, ludzie, zwierzęta, plakaty uliczne i szyldy dają mi tajne znaki: „Olga, żyj!” i naprawdę ofiarowują mi milion szans, kolejne tysiące okazji i możliwości, idą mi na rękę jak nikomu innemu, pokazując jak bardzo jest OK i że żaden problem, da się, Olga, naprawdę da się.
A ja wciąż nie umiem. Czy nie chcę?


Dodaj komentarz