Cały problem polega na tym, że trudno jest mi komunikować się wprost – jasno i konkretnie formułując myśli, nie pozostawiając pola domysłom i nadinterpretacjom. Z obawy przed zdemaskowaniem, odsłonięciem i trwaniem w niekomfortowym emocjonalnym negliżu, stosuję skomplikowany labirynt małych furtek, bocznych wyjść i krętych ścieżek prowadzących opłotkami. Żeby się przypadkiem nie wydało. Tak jakbym nie mogła, nie umiała i nie chciała najzwyczajniej na świecie powiedzieć: “Dzień dobry, kocham Cię”.
Tymczasem uciekam, zacierając po sobie ślady i starannie polerując miejsca po opuszkach moich palców. Tak jakby mnie nigdy tu nie było.
Moja obecność wśród ludzi, nawet tych, na których mi zależy, przeważnie jawi mi się jako żenująca i przyciężkawa, wywołująca lekką konsternację zgromadzonych, ale i łaskawą pobłażliwość tych, którzy mimo wszystko decydują się na tolerowanie mnie w swoim otoczeniu. Doceniam to, ale najczęściej jest mi wstyd. Mówię dużo i głośno, gestykuluję, rozpędzam się, biegnę na oślep i rozbijam się o innych. Przerywam, przepraszam, wycofuję się i zamykam.
Odczuwam zakłopotanie własną nieforemnością, grubawym brakiem ogłady i nieporadnymi próbami wydostania się z tej ciasnej i dusznej pałuby, która – początkowo mamiąc mnie wizją bezpieczeństwa i nietykalności – teraz stała się zmurszałym kokonem, tak małym, że aż muszę wstrzymywać oddech, jeśli nie chcę, by zaczął nieelegancko trzeszczeć w szwach i pękać na oczach wszystkich, siejąc wokół przykrą woń i kawałki skamieniałych treści organicznych. Jestem uwięziona.

John Everett Millais „Ophelia” 1851-52
Pukam w jego ścianki i drapię je od środka, lecz na tyle cicho i dyskretnie, by nikt nie usłyszał, a zarazem by samej sobie dać złudne poczucie, że jednak walczę i cokolwiek robię. Gryzę własny ogon.
Psychiatra nakazał mi ostatnio komunikować się z ludźmi i mówić im o swoich uczuciach, wrażeniach i przemyśleniach. Mówić im o sobie samej. Na żywo, osobiście, własnym głosem i prostymi słowami, twarzą w twarz, z podniesioną przyłbicą.
– Nie. – oodpowiedziałam.
– Coraz bardziej się pani zamyka! – napierał – Jeśli nie chce pani o sobie, to proszę im chociaż mówić… nie wiem, o książkach, o filmach, które pani widziała i o tym, co pani czuła… Co pani myślała…
– Ale to nie będzie zabawne…
– To nie ma być zabawne!
No właśnie. Nic śmiesznego.
Przylgnąć mocno całym ciałem i powiedzieć ci o wszystkim.


Dodaj komentarz