Na bloga wracam przeważnie wtedy, gdy robi się już naprawdę źle, a ja – zupełnym przypadeczkiem – nie mam się komu wyżalić. Bo jakoś tak ciężko i niewyraźnie przechodzą mi na żywo i przez gardło frazy w stylu “jest mi ciężko, gdyż…” albo “jest mi przykro, bo…”.
A gdy już nieopatrznie przejdą i nieśmiało wybrzmią, to zaraz wracają do mnie ostrym pierdolnięciem i obosiecznym bumerangiem, który – przy tak zwanej okazji – obcina mi lewe ucho oraz pół policzka. Stoję więc niniejszym, z rozoranym ryjem i juchą cieknącą mi po butach, zastanawiając się, co zrobiłam nie tak oraz co mnie kurwa podkusiło, żeby komukolwiek powiedzieć, co we mnie piszczy. Po chuj. Przecież zawsze czuję się świetnie.

A Ty jak się masz?
Ale zaraz przypominam sobie, że przecież mam blogusia, a z ludźmi i tak nigdy mi nie wychodziło. Więc się dosyć nieźle składa, sami przyznacie. Mam poza tym całkiem spore zapasy muzyki, filmów i czystego papieru. Oraz nowe pióro. I jakieś sześć lalek do zrobienia. Jesień zapowiada się pracowicie.
Jutro, w środę, 5 października, po raz 428 w tym roku: zaczynam nowe życie i czuję się w obowiązku zaanonsować ten fakt stosownym wpisem.
Ipse dixit.



Dodaj komentarz