
Przeanalizowawszy wszelkie za i przeciw, postanowiłam, że jednak na razie nie zostanę Pudzianką.

Co nie znaczy, że zamierzam wrócić do bycia Grycanką.
Nie będę jednak ukrywać, że moje plany zostały pokrzyżowane. Bom się wkurwiła. Ostro. Nie wiem dokładnie, na co i na kogo, bo chyba póki co nie dojdę, czy większy wpierdol powinnam dostać ja sama czy może mój metabolizm. Chociaż pewnie na jedno wychodzi. Jakkolwiek. Już mówię.
Zajarałam się tymi treningami jak dzika, napierdalam na rowerkach i orbitrekach, cisnę na maszynach, pocę się i nakoksowuję endorfinami…
… a następnie padam na pysk – bynajmniej nie z bólu mięśni czy zmęczenia członków – ale z najzwyklejszej na świecie i najbardziej upierdliwej senności. To już wiecie. Ale to jeszcze nie problem, o nie.
Problemem jest natomiast to, że ekspresowo… przytyłam!!!

WTF?!! – że tak powiem oraz FML.
Dzisiaj waga pokazała mi 72,2 kg.
I co wy na to?!
Skąd ta zwyżka? Co jest, do *uja wafla?!!
No fakt, że zwiększyłam odrobinę podaż węglowodanów, żeby w ogóle mieć siłę na te gimnastyczne ekscesy, ale teoretycznie powinnam to spalać w czasie treningu, a nie magazynować w dupie i udach?!

Nie, nie, nie!!! Nie tak się umawiałam sama ze sobą i wszechświatem.
Dobra, robimy inaczej.
Najpierw masa, potem rzeźba.

Odchudzaniowy sukces to w 70% dieta, a jedynie w 30% trening. Dlatego żywieniowo wracam do fazy ścisłej Metabolic Balance. No i zero alkoholu. Deficyt kaloryczny będzie spory, ale widocznie tylko to potrafi ruszyć z miejsca mój zjebany metabolizm. Nie sądzę, żebym na takiej redukcji była w stanie ćwiczyć po 2h dziennie.

Nie chcę jednak rezygnować z siłowni, bo za bardzo mi się to podoba. Lubię tam być. Jestem tam wesoła, pozytywna i zadowolona. Jest miłe ciepłe światło, mało ludzi, dużo miejsca, drewniana podłoga i mają ekstra nagłośnienie, przez które puszczają disko z idealnym BPM.
No way, nie zrezygnuję z tego! Po prostu będę tam ćwiczyć “zabawkowo” i rekreacyjnie, żeby się trochę poruszać i porozciągać, bez wyczynów i ekscesów. Do intensywnych 2-godzinnych treningów wrócę za 5-7kg, a o rzeźbie to pogadamy dopiero jak będę ważyła 60 kg. Taki jest plan.
Pytacie, czemu nie poradzę się jakiejś dietetyczki czy osobistego trenera…
Poradziłabym się, ale nie mam kasy. Ledwie mi wystarcza na siłownię, serio.

Ale za to mam pytanie do Was:
– Jak jecie? Co jecie?
– Ile razy w tygodniu, jak długo i co ćwiczycie?
Przyłączysz się? Ciałopozytywnie o życiu, tyciu i chudnięciu



Dodaj komentarz