dzień 03: czwartek, 4 sierpnia 2016
Przez tydzień nie pisałam notek odchudzaniowych – z prostej przyczyny: przeżywam kryzys. Kryzys wiary w sens odchudzania, ideę diety, zasadność ćwiczeń fizycznych oraz całą resztę tego badziewia, które jako proces miałoby zaowocować 10-kilogramowym spadkiem wagi. Chcę schudnąć, jasne, że chcę. Ale po drodze dopada mnie tyle wątpliwości, codziennych smutków, zwątpień i rozczarowań, że czasem po prostu opadają mi ręce. Oraz dostaję migreny. Łeb mnie napierdala. Z żalu.

Lubię być ludziom przydatna, służyć radą, troszczyć się, pomagać na tyle, ile umiem. Żaden problem, z przyjemnością.
Ale czasem przychodzą takie absurdalne „dni z dupy”, kiedy chciałabym, aby ktoś zapytał: „Ej, co u Ciebie? Jak się czujesz? Może chcesz pogadać? Albo masz ochotę na kawę?”. Bo mam ochotę na kawę i chcę pogadać; tym razem o sobie, bo też czasem potrzebuję wsparcia. Bo, o dziwno, też bywam smutna, zagubiona albo w złym humorze. Ja też mogę na coś czekać. Przeważnie w nieskończoność. Także ten.
Aaaaby… Przyjaciółkę. Poznam szczerą, lojalną i od serca. Może być z internetów.
Dajmy na to, że się wyżaliłam. Jak zwykle sobie a muzom, gdzieś w przestrzeń.
No cóż, długa i wyboista droga przede mną…
Żeby zająć czymś głowę i resztę ciała, kupiłam sobie karnet na siłownię. Na cały rok. I chuj.
Byłam już na pierwszym treningu – 2h: rowerek, orbitrek i ćwiczenia na maszynach. Wybrałam siłownię czynną 24h, żeby przychodzić tam o jakichś chorych porach dnia i nocy, celem uniknięcia towarzystwa wysportowanych, silnych i pięknych ludzi. Chyba naprawdę jestem socjopatką.
Obliczyłam sobie, że jeśli do pracy umysłowo-zawodowej dodam regularne treningi, to nie będę miała czasu na przejmowanie się rzeczami, na które i tak nie mam wpływu. Ktoś mi napisał na fejsiku, że po chuj się odchudzam, przecież 70kg, to jest dobra waga. No to ja niniejszym z chęcią pokażę, jak wiotka, smukła i kształtna jestem przy 70 kilogramach:

Twarz zasłoniłam ciastkiem. No przepraszam, ale minę na tej fotce miałam naprawdę nietęgą, zobaczywszy siebie w pełnej krasie w fitnessowym lustrze.
Za jakiś czas planuję wrzucić tutaj taką oto focię, więc wiecie – warto poczekać. To znaczy – poćwiczyć.

Tymczasem idę płakać.
⇒ motywacja: Myślenie wyszczuplające / Dieta dr Beck (czytaj…)
ćwiczenie (3) Siadaj, jedz i nie gadaj (czytaj…)
Ten problem mam już opracowany, rozwiązany i przeformułowany. Jem grzecznie i na siedząco. Poproszę inny zestaw pytań.
⇒ wsparcie: METODA GABRIELA (czytaj…)
Ni z tego, ni z owego przypomniała mi się pewna historia z czasu moich studiów. Może nawet nie historia, ale proces rozciągnięty w czasie na wiele miesięcy albo nawet lat. Otóż moją zmorą była wtedy permanentna senność – męczyłam się na zajęciach, zasypiałam na wykładach, siedząc w bibliotece „przybijałam gwoździa” na otwartej książce.

Powodem owej dojmującej senności było rzecz jasna ciągłe zarywanie nocy, nie zawsze z powodów naukowych. A raczej : przeważnie nie z powodów naukowych. Szukając rozwiązania tego problemu, wypijałam hektolitry kawy, a tam, gdzie nie mogłam tej kawy mieć przy sobie – np. w bibliotece uniwersyteckiej – brałam ohydne tabletki do ssania z kofeiną (niestety to był koniec lat 90. i nie było jeszcze pierdyliarda suplementów diety na każdą możliwą i zmyśloną dolegliwość).
Teraz – z perspektywy czasu – zastanawiam się, dlaczego po prostu nie zadbałam odpowiednią ilość godzin snu… Niestety podobnie było wtedy z uczuciem głodu, które całymi dniami usiłowałam zabijać tabletkami na nadkwasotę typu Manti czy Rennie, zamiast po prostu zjeść coś konkretnego, co nie byłoby bułą z budyniem – przegryzką do kawy. Zapewne da się to jakoś wytłumaczyć psychologicznie, ale jeszcze nie wiem jak, więc to po prostu tutaj zostawię.
Tymczasem Jon Gabriel tłucze po raz kolejny, że:
Twoje ciało pragnie być grube, kiedy jest przekonane, że zapewni ci w ten sposób bezpieczeństwo. Według ciała w życiu liczy się przede wszystkim bezpieczeństwo. Ciało nie jest twoim wrogiem i nie działa wbrew tobie. Próbuje cię tylko chronić. W zasadzie kieruje się perfekcyjną logiką i zachowuje się całkiem sensownie. Musisz jedynie pojąć jego sposób rozumowania i współpracować z nim, zamiast je zwalczać. Musisz przekonać ciało, używając jego logiki, że bezpieczeństwo może zapewnić ci przede wszystkim szczupła sylwetka. Kiedy ciało zrozumie, że szczupłość to najlepsza gwarancja bezpieczeństwa, będzie chciało być szczupłe i zrzuci wagę.
Czym się różni bezpieczeństwo oparte na otyłości od bezpieczeństwa opertego na szczupłości?
Oczywiście to pierwsze jest bezpieczeństwem pozornym, polegającym na szczelnym opakowaniu samej siebie miękką „pierzynką” nadprogramowych kilogramów; odgrodzenie się od świata grubą warstwą doskonale izolującego tłuszczu, amortyzującego wszelkie uderzenia i zranienia.

Co jeszcze? Będąc grubą, przestajesz być w swoim mniemaniu atrakcyjna, a więc jesteś niewidzialna. Mając nadwagę, nie musisz wyglądać ładnie, bo i tak jesteś „gruba”, a gruba – jak wiadomo – znaczy: zaniedbana, nieogarnięta, nie panująca nad sobą i swoim wyglądem. Jesteś zwolniona z konieczności starania się o cokolwiek, bo i tak jesteś z góry skazana na niepowodzenie. Na „grubej” żaden ciuch nie będzie wyglądał ładnie; nie pomoże żaden makijaż ani fryzura. I tak jesteś gruba i nieatrakcyjna, a wszelkie próby „upiększenia się” wyglądają żenująco.
Związek między otłuszczeniem a bezpieczeństwem może wydawać się dziwny, ale jest faktem. W dzisiejszym świecie otłuszczenie absolutnie nie zapewnia większego bezpieczeństwa, ale twoje ciało nie rozumie dzisiejszego świata. Jest ono tak zaprogramowane, aby chronić cię przed zagrożeniami i niepewnością prehistorycznej rzeczywistości, z zagrażającymi życiu trzema czynnikami: głodem, zimnem i żarłocznością drapieżników. Z tymi niebezpieczeństwami musiały walczyć niezliczone pokolenia naszych przodków, przez co nasze ciała są wspaniale przystosowane do obrony przed nimi.
Dzisiaj większość ludzi nie musi już obawiać się głodu, zimna ani żarłoczności drapieżników. (…) nasze ciała jednak o tym nie wiedzą. Wciąż działają w oparciu o te same programy genetyczne (…). W warunkach braku wystarczającej ilości pokarmu i przy ciągłej niepewności, kiedy znowu uda się coś zjeść, dodatkowy tłuszcz można wykorzystać po to, by pozostać przy życiu. Im więcej tłuszczu, tym dłużej przetrwamy. (…) W warunkach głodu i zimna twoje ciało miałoby powód, aby obrastać tłuszczem – posiadanie tkanki tłuszczowej oznaczałoby dla niego życie.
Ok, i w ten sposób „utuczyłam się”, będąc na przeróżnych kretyńskich dietach, które rozpierdalały mój metabolizm. Ale to nadal nie wyjaśnia kwestii: dlaczego moje ciało CHCE być grube? dlaczego moją reakcją na wszelkie życiowe trudności jest wpieprzanie wszystkiego w ogromnych ilościach? :( Zajadam problemy, zajadam smutki. Dlatego jestem brzydki, głupi i grubiutki.
Jednak bycie otłuszczonym nie zawsze jest równoznaczne z bezpieczeństwem. Tkanka tłuszczowa może równie dobrze zwiększyć prawdopodobieństwo, że staniesz się czyimś posiłkiem. (…) Im człowiek cięższy, tym wolniej się porusza. Jeśli więc jest ścigany, ma mniejsze szanse na ucieczkę. W takich okolicznościach twoje ciało pragnęłoby być chude, bo to oznacza bycie szybkim i zwiększa szansę na ocalenie życia.
No więc jak to jest? W dupie mi się od tego dobrobytu poprzewracało? A może za mało zagrożeń mam „na ogonie”? Dziwne, bo w czasach, kiedy ścigał mnie ZUS za zaległe składki, ścigał mnie bank za niezapłacone raty kredytu; ścigał mnie urząd skarbowy za błędne rozliczenia (a zawdzięczałam to wszystko mojemu ówczesnemu księgowemu-idiocie) – zamiast spierdalać w podskokach jak rącza łania, leżałam na glebie i łkałam, ważąc 85kg.
W każdej z wymienionych sytuacji prawdopodobieństwo przeżycia zależy w ogromnym stopniu od ilości posiadanego przez nas tłuszczu. (…) Zadaniem ciała było więc zapewnienie człowiekowi maksimum bezpieczeństwa w danych warunkach. Nie opłacało się być tak chudym, aby nie dożyć następnego posiłku, ani tak grubym, by nie móc uciec przed napastnikiem. Tutaj niezbędna okazywała się przenikliwa logika naszych ciał. Szybko potrafiły ocenić, jaka ilość tłuszczu będzie optymalna, i dostosowywały „idealną wagę” do danej sytuacji.
Moje ciało, podobnie jak i reszta mojego jestestwa – pozbawione jest logiki oraz zdolności racjonalnego myślenia. Niestetyż.
We współczesnym świecie nie doświadczamy już takich zagrożeń i tłuszcz nie zapewnia nam już większego bezpieczeństwa. Nasze ciała nie są jednak tego świadome. Wciąż rządzą nimi te same uwarunkowania genetyczne co dawniej. Kłopot w tym, że stresy wynikające z dzisiejszego stylu życia wywołują pewne chemiczne sygnały w naszych ciałach i mózgach. Czasami są to dokładnie te same sygnały, które wysyłamy w przypadku głodu i zimna. Wówczas nasze ciała dają się „oszukać”. Sądzą, że potrzeba nam tkanki tłuszczowej, aby zwiększyć stopień bezpieczeństwa, co sprawia, że włączają mechanizmy FAT. To właśnie dzieje się z tobą. Stres i problemy codzienności oszukują twoje ciało, które uruchamia mechanizmy FAT.
Moje ciało dostaje sygnał, że jest zimno, mroczno, głodno i niebezpiecznie. Niezła wizja świata, nic tylko strzelić sobie w łeb. A myślałam, że taki ze mnie śmieszek.
Odchudzając się na siłę, kiedy wspomniane mechanizmy są włączone, łamiesz w pewnym sensie naturalne prawa swojego ciała. Ono próbuje zgromadzić tłuszcz, a ty robisz wszystko, żeby się go pozbyć. Tak właśnie zdefiniowałbym zmagania z ciałem, które – dzięki wbudowanemu programowi – i tak zawsze zwycięży.
Do pozbycia się nadwagi nie prowadzi walka z własnym ciałem. Właściwym sposobem jest zrozumienie, co powoduje włączanie się mechanizmów FAT w twoim ciele i nauczenie go, jak je wyłączyć. (…) Jeśli obecnie zmagasz się z nadwagą, to z pewnością dlatego, że twoje ciało uważa schudnięcie za niebezpieczne. Ono walczy o twoje życie. Gdy uzna, że bezpiecznie jest schudnąć, zmusi cię do tego. Będziesz współpracować z jego naturalnym prawem, zamiast je łamać. Chudnięcie stanie się automatyczne, łatwe i nieuniknione.
Fajnie. No to cześć.
Przyłączysz się? Ciałopozytywnie o życiu, tyciu i chudnięciu



Dodaj komentarz