
Dzień, w którym 186-kilogramowy Jon Gabriel, finansista z Nowego Jorku, doznał objawienia, nie wyróżniał się niczym szczególnym. Ale tego właśnie dnia amerykański grubas, jadąc drogim autem trasą nr 4 w New Jersey, nagle uświadomił sobie, że…
“Moje ciało chce być grube i dopóki ten stan trwa, nie mogę w żaden sposób stracić na wadze”.
No brawo, Watsonie! Słuszna uwaga, też o tym kiedyś pomyślałam… Tyle że kompletnie nic z tego nie wynikło.
Dlatego właśnie, droga Zazie, shut your fucking mouth, sit down and listen…
Niech urzeknie nas historia Jona.
“Przez 12 lat, kiedy to przybyło mi 90 kilogramów, próbowałem wszystkiego, aby schudnąć. Testowałem każdą dietę pod słońcem – od niskotłuszczowych po niskocukrowe… I wszystkie inne po drodze. (…) Bez względu na to, co robiłem, moje ciało nadal tyło.
Każda dieta czy program, po które sięgałem, wyglądały tak samo: zaczynało się od konieczności liczenia – kalorii, tłuszczów, węglowodanów czy soli – oraz listy zakazów. Przestrzegałem ściśle wszystkich wskazówek. Zazwyczaj najpierw szybko chudłem, ale później spadek masy ciała spowalniał, aż w końcu waga stawała w miejscu. W tym momencie stosowałem dietę już nie po to, aby schudnąć, ale by utrzymać wagę. Przez cały ten czas mój apetyt na produkty, których nie wolno mi było jeść, wzrastał. Zniechęcony i przygnębiony, zbyt zmęczony walką z wilczym apetytem, zaczynałem w końcu się objadać”. * * *
Niestety, prawda. Moja niższa waga utrzymywała się tylko i wyłącznie dzięki temu, że mniej lub bardziej, ale jednak pilnowałam diety w ramach programu Metabolic Balace – bez węglowodanów prostych, bez glutenu, bez laktozy, bez cukru… Co w praktyce przekładało się na wykluczenie z diety wszystkiego oprócz chudego mięsa i warzyw, zaś z owoców ograniczenie się do jedzenia jedynie 3 jabłek dziennie. Reżim MB jest ciężki, ale możliwy do wytrzymania, zwłaszcza po wielu tygodniach ćwiczenia silnej woli i traktowania jedzenia „poza zasadą przyjemności”.
Nadal zachwalam i polecam Metabolic Balance, bo okazał się jedyną dietą, na której byłam w stanie wytrwać i schudnąć. Dlatego właśnie do niej wracam. Doszłam jednak do wniosku, że póki nie uleczę mojego „chorego związku” z jedzeniem i odżywianiem w ogóle, to cały czas będę się bujała: 5kg na plus, 5kg na minus, cały czas walcząc ze sobą, by wytrwać na diecie.
W odpowiedzi na wszystko, co robiłem, by stracić na wadze, moje ciało walczyło ze mną zębami i pazurami – i zawsze wygrywało. Po całych latach bicia głową w mur i odchudzania się na siłę musiałem przyznać w końcu, że dopóki moje ciało chce być grube, sytuacja jest beznadziejna. Z chwilą, w której to do mnie dotarło, rzuciłem odchudzanie raz na zawsze. Postanowiłem, że zamiast zmuszać się do utraty wagi wbrew mojej woli, postaram się zrozumieć, dlaczego właściwie moje ciało chce być grube. * * *
No dobra, trochę się boję tej idei „odchudzania bez diety”, bo jednak właściwie odżywianie to 70% sukcesu w walce z nadwagą, reszta do działania wspomagające. No ale OK, nie nastawiam się negatywnie – może to po prostu taki skrót myślowy Gabriela, żeby przestać spinać pośladki i dostawać gęsiej skórki na samą myśl o konieczności odchudzania się i odmawiania sobie wszystkiego, co w sumie koniec końców zawsze okazuje się walką i przemocą wobec własnego ciała oraz emocji łaknących wciąż jedzenia.
Czy odchudzanie zawsze musi przybierać formę opresji?

Czy naprawdę, żeby nas zmotywować do zdrowego odżywiania, ograniczenia kalorii czy rezygnacji z fastfoodów, trzeba odwoływać się do całego zestawu rekwizytów i metafor rodem z obory, rzeźni, kolonii karnej czy traumatycznych otrzęsin?

Czy program treningowy lub wizyta na siłowni muszą się nam kojarzyć z bólem, potem i upokorzeniem?

Czy naprawdę musimy katować i dręczyć swoje ciało, żeby osiągnąć upragnioną sylwetkę?
Ja wiem, że nie wszyscy mają takie podejście do tematu, ale niestety sama należę do tych, którzy w pierwszym momencie pragnąć wziąć się za mordę, strzaskać po łbie, kopnąć w dupę i zmasakrować serią przykrych słów, licząc na to, że po okresie rozpasania należą nam się rządy silnej ręki wymierzającej sprawiedliwośc naszym tłustym dupom, falującym brzuchom i pulchnym policzkom.
Prawda jest taka, że w wielu z nas – tych zmagających się z otyłością, walczących z nadwagą i męczących się z odchudzającymi dietami – jest jakaś chora nienawiść do własnego ciała oraz totalny brak zrozumienia i szacunku wobec tego, co dzieje sie w naszych głowach i emocjach. Chcemy sami sobie skopać dupę za to, że nie jesteśmy tacy jak inni – szczupli, zdrowi, szczęsliwi, spełnieni, pogodzeni z własnym ciałem.
Jasne, że nie tedy droga, ale czy kiedykolwiek ktokolwiek pokazał nam, że można inaczej?
„Pokochaj siebie” – brzmi tak żenująco i żałośnie, że nie pozostaje nam nic innego, jak odwrócić się z niesmakiem i dalej napierdalać głową w ścianę.
Olga, dlaczego w głębi duszy tak naprawdę wcale nie chcesz schudnąć?
Zazie, czemu Twoje ciało chce być grube?
Na poszukiwanie odpowiedzi ruszyłem, zagłębiając się godzinami w studiowanie wszelkich dostępnych materiałów z dziedziny biochemii, żywienia, neurobiologii i psychologii. (…) Wszystko to dało mi solidne podstawy do zrozumienia współczesnych badań nad otyłością. Przetrząsałem 20 do 30 raportów badawczych dziennie, a po przeczytaniu kilkuset – jeśli nie kilku tysięcy z nich – stałem się już specjalistą w dziedzinie najnowszych badań nad chemią otyłości i odchudzania. Zająłem się także medytacją, hipnozą, programowaniem neurolingwistycznym, psycholingwistyką, terapią pola myśli, tai chi, chi kung oraz badaniami nad świadomością. Zainteresowałem się nawet fizyką kwantową. Byłem pewien, że odpowiedzi znajdę gdzieś pomiędzy umysłem a ciałem. * * *

Nie no, kurwa, American Dream jak się patrzy.
Gratuluję, Jon!
Od pucybuta do finansisty. Od finansisty do Alfy i Omegi.
Stamtąd już prosta droga do psychozy i urojeń wielkościowych.

Baw się dobrze, Jon! Ja spadam.

Najintensywniej badałem jednak własne CIAŁO. Przestałem postrzegać je jako wroga, który po prostu nie chce mnie słuchać. Zrozumiałem, że to nie ono jest moim problemem, ale nieumiejętność posługiwania się nim. Od tamtego momentu zacząłem uważnie go słuchać. Przestałem przesuwać je z kąta w kąt i zmuszać do postępowania wbrew jego woli. Zamiast tego stałem się jego uczniem. A ponieważ byłem spragniony wiedzy, okazało się ono bardzo skutecznym nauczycielem. Nauczyło mnie, dlaczego chce być grube i co mam robić, aby zapragnęło być szczupłe. Kiedy tylko zrozumiałem, że moje ciało ma powody, aby chcieć być grube, odrzuciłem diety. Po co stosować dietę, skoro to nie rozwiąże problemu? Później odkryłem, że diety nie tylko są nieskuteczne, ale dodatkowo skłaniają ciało, które chce być grube, do tego, aby chciało zwiększyć swoją masę jeszcze bardziej. Odejście od diet było najwspanialszą i najbardziej wyzwalającą rzeczą, jaką kiedykolwiek zrobiłem. * * *

Nie no, spoko, wszystko rozumiem – zaakceptować, pokochać i starać się zrozumieć swoje ciało – orajt, ale… odejść od diety?! Czyli że co… zaufać samej sobie i liczyć na to, że ciało samo opamięta się, zanim niepostrzeżenie osiągnie trzycyfrową masę właściwą, dzięki wpierdalaniu wszystkiego, czego tylko zapragnie?!
Brzmi obiecująco, ale nie wierzę. No sorry, nie wierzę.
I trochę nie chcę. Nie chcę odchoidzić od diet, bo ja – w przeciwieństwie do biednego Jona – przekonałam się, że jedna z nich działa. Fakt, że jest trudna i pełna wyrzeczeń, no ale skoro działa…?
Z drugiej strony – bycie na diecie jest utrzymywaniem samej siebie w stanie permanentnego napięcia i nieustannej kontroli. Do czego mnie zresztą zachęcała wcześniej dr Beck – kontroluj, zapisuj, wyznaczaj cele i rozliczaj się z nich; reaguj na myśli sabotujące, nie oszukuj samej siebie, przyglądaj się sobie bacznie na każdym kroku…
I teraz co? mam to wszystko rzucić w diabły?! Moje kieszonkowe notesiki, moje dzienniczki ucznia, moje pokutne tabelki…?

Nienawidziłem swojej obsesji jedzenia i traktowania każdej oznaki głodu jako bitwy, którą trzeba stoczyć. (…). Dieta, a potem rezygnowanie z niej, stało się moim stylem życia, ale po olśnieniu, jakiego doznałem, skończyłem z tym. Odtąd nie było już dobrych i złych dni. Przestałem traktować każdy atak głodu jak bitwę. Jeśli zgłodniałem, jadłem, a jeśli nie byłem głodny – nie robiłem tego. Jeśli chciałem „coś tam” z podwójną polewą, to brałem to. Kęs, dwa, dziesięć albo wszystko, co było. * * *
Uhm, już to widzę…

Jon, żebyśmy się dobrze zrozumieli – to nie jest tak, że jak mam ochotę na coś słodkiego, to zamiast kostki czekolady zjadam trzy, a kawałek pizzy zaspokaja moją potrzebę junk foodu. O nie! Ja zjadam dwie czekolady, paczkę Toffifee, pudełko Rafaello, cała pizzę, paczkę chipsów, tackę sushi i buttechickena, a popijam to sześcioma szklankami whisky z colą. Po czym czuję się jeszcze bardziej beznadziejna, nieszczęśliwa, brzydka, niekochana, przegrana i obleśna. jasne, że nie robię tego na co dzień, ale kiedy mnie najdzie…. – to płynę z wartkim prądem.
Jasne, to najlepszy dowód na to, że moje relacje z jedzeniem są chore i najpewniej załatwiam sobie nim jakieś ciemne pokrętne interesy emocjonalne, ale – do chuja wafla! – każdy ma coś. Jedni palą, inni piją, jeszcze inni grają, puszczają się i jeżdżą ścigaczami. No nie wiem, Jon… Naprawdę uważasz, że to chore?
Zdałem sobie sprawę, że mnóstwo ludzi nie liczy kalorii w zjadanych każdego dnia posiłkach. Nie przywiązują wagi do tego, co jedzą, a nigdy nie tyją. Takich ludzi nazywam „szczupłymi z natury”. Naturalnie szczupli nie trwają w patologicznych relacjach z jedzeniem. Nie mają dobrych ani złych dni. Nie mają zakazanych potraw. Jedzą, co chcą i kiedy chcą. Nie zadręczają się rozmyślaniem, co jest dla nich najlepsze. Po prostu nie zależy im. Jedzą, kiedy są głodni – koniec, kropka. Zacząłem więc tak żyć. Zacząłem żyć tak jak osoba szczupła z natury, jedząc to, co chciałem, kiedy tylko chciałem. Z jedną tylko różnicą – pilnowałem, aby jeść także te potrawy, które zawierają składniki odżywcze potrzebne mojemu organizmowi, w formie strawnej i przyswajalnej. * * *
Acha, czyli wpierdalam wszystko, na co mam ochotę, przeplatając „chore jedzenie” zdrowymi przekąskami, tak?
To ja poproszę dwa kubełki skrzydełek w panierce i zieloną herbatę.

Na początku miałem największą ochotę na te same pokarmy co dawniej. Nadal pochłaniałem mnóstwo bezwartościowych rzeczy, co wynikało z faktu, że wcześniej tak długo ich sobie odmawiałem. Stopniowo jednak zaczęło się to zmieniać. Miałem ochotę na coraz mniejsze ilości jedzenia, a także na znacznie zdrowsze potrawy. Teraz – jeżeli moje ciało czuje głód – to nie bez przyczyny. Szanuję to i nie oceniam. Po prostu słucham i staram się do niego dostosować, jak tylko potrafię. * * *
No dobra, Jon, a ile przytyłeś w czasie tego „odpustu”?
Oraz – czy to naprawdę Twoje ciało powiedziało „dość”, podświadomie wybierając te zdrowsze pokarmy czy może sam sobie świadomie postawiłeś granice?
Moje upodobania całkowicie się zmieniły. Większość z tego, na co dawniej miałem ochotę, nie było nawet prawdziwym pokarmem. Składało się tylko z cukru i syntetycznych aromatów. Pakowałem w swoje ciało puste kalorie i niewiele więcej. Tak naprawdę jednym z powodów nieustającego głodu był więc brak składników odżywczych. Głodziłem swoje ciało. Nie mogło wykorzystać jedzenia, które przyjmowałem, więc było nieustannie niedożywione. I to niezależnie od tego, ile zjadłem, bo w pokarmach, które mu dostarczałem, nie było składników odżywczych. Wyobraźcie sobie karmienie niemowlęcia samą oranżadą. (…) Jaki zatem miało wybór? Mogło jedynie płakać. Musiało coś robić. Musiało prosić o więcej tego, co mogłem mu dać. Nie miało wyboru. Mimo że ważyłem 180 kilogramów, a dni, kiedy przyjmowałem ponad 5000 kalorii, zdarzały się często, pod względem odżywczym głodowałem. Moje ciało trwało w stanie ciągłego niedożywienia mimo niewyczerpanych zasobów pożywienia – było przecież bezwartościowe – oraz zgromadzenia zapasu tłuszczu, który wystarczyłby na kolejne trzy życia. * * *
Been there, done that. To wszystko prawda.
Ale minęły już czasy, kiedy karmiłam swoje ciało cukrem i resztą pustych węglowodanów, zaś białko aplikując sobie w formie słodzonych jogurcików i mlecznych deserków z hipermarketu. Fakt, że wtedy moja waga skoczyła od 3-4 kg, ale nie da się tego porównać z okresem, gdy podczas depresji przytyłam kilogramów 30. Czy wtedy głodowałam? Psychicznie na pewno.
No dobra, Jon, coś mi zaczyna świtać…

Mów dalej…
Głodowało zresztą nie tylko moje ciało. Przymierałem głodem w każdym innym aspekcie. Głodowałem mentalnie, emocjonalnie i duchowo. Nie słuchałem głosu serca. Żyłem według pewnego przyjętego wzorca. Serce wskazywało mi zupełnie inny kierunek, ale ja nie słuchałem. Wciąż broniłem się przed zmianami, do jakich mnie nakłaniało. W rezultacie z głodu umierała moja dusza – z głodu doświadczeń, których w tym życiu pragnęła. (…) Brakowało mi nie tylko witamin – brakowało mi życia. W głębi serca pragnąłem być gdzie indziej. Co jednak mogłem zrobić? Byłem uwięziony w biurze, przykuty do zobowiązań „złotymi kajdankami”, a pieniędzy potrzebowałem na spłatę trzech kredytów pod hipotekę, dwóch samochodów w leasingu i trzynastu kart kredytowych (…) Moje życie stało się więzieniem i nic nie zapowiadało wyjścia na wolność. * * *
OK, przyznaję. Głoduję mentalnie, emocjonalnie i duchowo. Choć niby mam wszystko.
Mam też kredyt, problemy, brakuje mi kasy, codzienność mnie dobija, nie mam siły, pogubiłam się.
Sugerujesz, że ja też… chciałabym być gdzie indziej?

Kiedy zacząłem słuchać uważnie swojego ciała, w końcu usłyszałem także własne serce. (…) Usłyszałem, jak mówi mi, że się duszę. Nie miałem jednak żadnego planu, więc mogłem jedynie słuchać go i marzyć. Choć nie czułem w sobie odwagi ani siły, by zrobić coś ze swoim życiem, miało ono jednak diametralnie się zmienić. W miesiąc po moim olśnieniu planowałem podróż do San Francisco na spotkanie biznesowe, które mogło się okazać jednym z najważniejszych w moim życiu. (…) Koniec końców nigdzie nie poleciałem, bo lotnisko zamknięto. Był 11 września 2001 roku. Nigdy nie dotarłem do San Francisco na to spotkanie służbowe, choć lot, którym pierwotnie chciałem polecieć, zdążył opuścić lotnisko. To był Lot 93 United Airlines, który znajdował się już w powietrzu. (…) Nikt nie przeżył katastrofy. * * *

No teraz to już poleciałeś, chłopie…
I co ja mam Ci na to powiedzieć?
No faktycznie, life-changing experience, nie zaprzeczę.
Dwa tygodnie później przybyłem do biura, z zamiarem wzięcia się z życiem za bary i maksymalnego wykorzystania wszystkiego, co ze sobą niesie. Wtedy dowiedziałem się, że moja firma upadła. (…) W okamgnieniu zniknęło wszystko: firma, którą tworzyłem z takim wysiłkiem, moje poświęcenia, zmagania i wyzwania, które podejmowałem. Ogłupiały usiadłem przy biurku. Nie miałem pojęcia, co robić, więc gapiłem się w monitor komputera. W końcu dotarło do mnie, że znowu uratowano mi życie. Nagle poczułem przemożne pragnienie spełnienia swoich marzeń, zrobiłem więc to, co podpowiadał mi głos z głębi serca. Kupiłem dwa bilety w jedną stronę do Australii Zachodniej, dla mojej żony i dla siebie. Marzyliśmy o tym od dawna i w końcu byłem gotów to marzenie spełnić, uzbrojony jedynie w wiarę i chęć słuchania głosu serca. * * *
Syd, kochanie, pakuj mopsy! Lecimy do Kanady!

Jon, miałeś rację!
A tak na serio, to… jutro czytam ciąg dalszy.
Bez żartów.
* * * wszystkie cytaty pochodzą z książki Jona Gabriela „Metoda Gabriela. Jak schudnąć bez diety?” wydanej przez wydawnictwo Vivante, 2015.
Przyłączysz się? Ciałopozytywnie o życiu, tyciu i chudnięciu




Dodaj komentarz