Innymi słowy: trzeba wiedzieć, kiedy sobie docisnąć śrubę, a kiedy poluzować warkoczyki, żeby nie zwariować do końca. Jeśli masz do schudnięcia 10-20-30 kg, to nie łudź się, że miesiąc ścisłej diety załatwi sprawę, a potem jakoś to będzie. Otóż nie będzie.
Niestety. To są żmudne miesiące ograniczeń, wyrzeczeń, odejmowania sobie od ust i trzaskania siebie samej po łapach. Dlatego – o ile nie jesteś człowiekiem z żelaza czy spiżu – mierz siły na zamiary i nie zużywaj całych pokładów samozaparcia i wewnętrznej dyscypliny na 3 tygodnie ścisłego postu, po którym nastąpi uogólniony rozpierdol dietetyczny i postępująca niemoc mentalna. O czym dokładnie mówię?
O tym, żeby traktować dietę serio, ale absolutnie darować sobie śmiertelną powagę, otwarty parasol w d*pie i stawianie wszystkiego na ostrzu noża.
Bo im mocniej dokręcimy sobie sprężynkę, z tym większym impetem odskoczy – w najmniej spodziewanym momencie. A my tym samym stracimy twarz, która miała nam starczyć na co najmniej pół roku robienia pokerowych min przed lodówką i nad talerzem.
Tyle metafor, teraz konkrety.
W marcu moja waga spadła do przemiłych 65 kg, a ja – po zimie i przewlekłym smarku przeziębieniowym – wzmocniłam się na tyle, by wystartować do parku z kijkami i wtem… Przyszły święta wielkanocne!!!
Nie powiem, że mnie jakoś szczególnie zaskoczyły, bo co roku zjawiają się mniej więcej o tej samej porze, więc generalnie nie powinnam być zdziwiona, że oto rozpościera się przede mną suto zastawiony stół oraz przyjaciele szczodrą ręką polewający mi whisky.
No i cóż. Albo mogłam zostać w domu i przeżywać swój ciężki los otyłej kobiety przed 40., albo też odpuścić sobie na parę dni i po prostu dobrze się bawić, przekalkulowawszy uprzednio spodziewane zyski i możliwe straty. W takich sytuacjach rachunek jest u mnie prosty: w pierwszej kolejności na odstrzał idą słodycze, ciasta i desery. Au revoir, goodbye! W drugim rzucie rezygnuję ze wszelkich doprawianych majonezem sałatek, tart, zapiekanek warzywnych na kruchym cieście i innych wysokokalorycznych opcji. W moim świąteczno imprezowym menu pozostaje czyste białko (mięsa, pieczenie, itp) oraz… whisky z colą zero.

I tyle. Świat się nie zawali, a ja bawię się wybornie.
Jednak podczas tegorocznych świąt coś poszło nie tak. I to wcale nie w kwestii odchudzania, ale ogólnego rozsądku. Chyba nazbyt w czułam się w klimat wiosny i podczas jednej z imprez nadmiernie zaufałam cudowi własnej termoregulacji i rozsmakowawszy się w atmosferze nocnych rozmów na balkonie, przeziębiłam się tak doszczętnie, że kolejne 2 tygodnie spędziłam w grypowej malignie, z gruźliczym kaszlem i zlewnymi potami.
A w chorobie – wiadomo: przetrwają najsilniejsi. I jeśli ktoś sądzi, że zwalczy grypę, będąc na ścisłej diecie, to proponuję już teraz zacząć zbierać na nagrobek. No po prostu – nie da się. Oraz nie wolno.
Pomna tych przestróg, wyszłam z grypy cięższa o jakieś 3kg. Ale wyszłam. Bez większego uszczerbku i komplikacji. Nadal jestem osłabiona, więc nie rzucam się z kijkami na park i okolicę. Powoli wracam do ścisłej diety i od nowa buduję siły do aktywności fizycznej.

No cóż, nie planowałam tej grypy i generalnie bardzo mi ona nie w smak, ale co zrobisz?
Nic nie zrobisz.
Idziesz dalej.

A jak idzie Wasze odchudzanie, Dziewczyny? ;)
Pamiętacie jeszcze o dobrych radach dr Beck?
Przyłączysz się? Ciałopozytywnie o życiu, tyciu i chudnięciu



Dodaj komentarz