
Ani z odchudzaniem, ani z pisaniem bloga. Tyle tylko, że czasoprzestrzeń mi się nieco zakrzywiła, a czas przyspieszył do tego stopnia, że przestałam wyrabiać na zakrętach. Siłą rzeczy blog znajduje się na końcu listy moich codziennych obowiązków, więc kiedy mam do wyboru paść trupem w okolicach łózka lub apdejtować bloga – wybieram to pierwsze, licząc na Waszą wyrozumiałość. Ale już jestem i melduję, co następuje:
* Waga – 65,8 kg – odchudzanie według programu Metabolic Balance przy wsparciu Dr Beck trwa w najlepsze. Wdrażam trening z Chodakowską oraz domowe masaże ujędrniające bańką chińską.
* Kontynuuję kurację retinoidami mojej umęczonej trądzikiem twarzy – aktualnie przerzucam się z mocnego Atredermu na łagodniejszy Locacid i mam nadzieję nie straszyć już jaszczurczą łuską w kolorze dorodnego buraka.
* Zrobiłam rewolucję w mojej szafie, oddałam mnóstwo ciuchów i zamieniłam spodnie od dresów na całkiem zgrabne chinosy. Nie jest to jeszcze rozmiar 38, ale i tak wygląda w miarę dobrze.
* Rozpoczęłam – polecony przez moją terapeutkę – poznawczo-behawioralny “Program Zmiany Sposobu Życia” (książka autorstwa Jeffreya E.Younga i Janet S.Klosko) i zamierzam naprawdę mocno nad sobą pracować.
* Oprócz tego: chorujące mopsy i domowy szpitalik weterynaryjny; zlecenia i projekty; kolejne przemeblowanie mieszkania i rozpaczliwe próby okiełznania wiecznego chaosu.
Z innych ciekawostek i przypadków codzienności minionego tygodnia:
* Jako Chujowa Pani Domu wyprałam se apaszkę, która – nie wiedzieć czemu z powierzchni metr na metr skurczyła się do rozmiarów chusteczki higienicznej. Hmm… Idąc tropem mego Taty – (który jakieś 30 lat temu ulepił mi z modeliny Atosa, Portosa i Aramisa, wstawił ich do piekarnika, następnie zdrzemnął się na minutkę, skutkiem czego muszkieterowie zostali skremowani, a on na koniec wmawiał mi, że „To wina gazowni, bo za duży gaz w piekarniku dała, gdy on spał”) – muszę stwierdzić, że za opłakany stan apaszki odpowiadają najpewniej miejskie wodociągi, które podczas mojego prania puściły za dużo chloru…

* Muszę chyba zmienić swoje podejście do życia, bo zamiast szaleć w piątkową noc – w pocie czoła sprzątam naszą piwnicę

i jak zwykle zachwycam się jej zakamarkami.

* Zaś w sobotę… No cóż. Rozplątywałam kilkudziesięciometrowe kłębowisko ocynkowanego drutu. W sypialni na podłodze.
* Tymczasem emocji dostarczył mi… cudowny śmietnik naszej przedwojennej kamienicy. Jednego dnia czekał tam na mnie narząd…, o pardon! przyrząd:

Jak fachowo opisano na pudełku znajdujący się w środku piękny ebonitowy amperomierz z lat 30-tych XX wieku.

Jakub von Burkhardt szaleje z radości!
* Następnego dnia przytargałam do domu zabytkową walizkę wzmacnianą drewnianymi listwami i metalowymi okuciami oraz starą kopiarkę do stykówek 6×9 marki Copirex.

Jakiś czas temu bioenergoterapeutka poradziła mi, że za stare cudze rzeczy zawsze trzeba zapłacić, aby pozbyć się ich negatywnej energii, więc zaczęłam zostawiać w śmietniku drobne pieniążki dla śmietnikowych krasnoludków i innych rupieciowych kurdupelków metafizycznych
A poza tym – wiosna! W bramie naszej kamienicy ukłonili mi się dziś o poranku Święci Pańscy, życząc dobrego dnia.

W sumie to miłe, zwłaszcza, że naprawdę mało się znamy.
Zaś wieczorem…
Jako że mieszkanie urządzamy ze śmietnika, postanowiłyśmy romantyczną kolację zjeść w Ikei ;)

Ikeowe kultowe danie z kurdupelkami w sosie i frytkami to moje jedyne (do końca kwietnia! ) cheat meal :)

A na finał złapała nas burza śnieżna, ślizgawica, pizgawica i reszta marcowego pandemonium
Jutro 15 marca, a więc wracają codzienne raporty dietetyczne. Pojawi się też kilka nowinek na blogu Zazie :)


Dodaj komentarz