Tak naprawdę wcale nie chodzi o to, byś na dietę wybierała się jak na wojnę, uprzednio przygotowując się jak do wyścigu zbrojeń. Wyrzuć z głowy wszystkie wyobrażenia dietetycznych katuszy, ohydnych rozgotowanych warzyw czy własnej śmierci głodowej przed telewizorem podskakującym wraz z Chodakowską na ekranie. Wyluzuj, chociaż odrobinę.
Twój niepokój przed porzuceniem dotychczasowych nawyków i wyjściem poza strefę komfortu (jakież to modne określenie!) jest naturalny. Mi też się nie chce. Serio. Ale – jak mawiają starzy górale – albo rybka, albo patefon. Albo zaczynamy coś ze sobą robić, albo natychmiast przestajemy marudzić przy każdej możliwej okazji, że jesteśmy grube.

Mniej więcej rok temu napisałam na blogu:
Zacznę od jutra, bo dzisiaj już zjadłam batona i lody, poza tym jestem niewyspana. Albo najlepiej od poniedziałku, bo na jutro mam deadline w pracy, a w środę idę na wino z Dziunią i Kicią. Potem będzie już piątek, czyli impreza u Zenka. Bez sensu. W sobotę pewnie pójdziemy na pizzę i piwo, w niedzielę będę odpoczywać. Więc logiczne, że jednak lepiej zacząć od poniedziałku, tyle że następnego. Ale może sensowniej będzie poczekać do połowy miesiąca? Chociaż w sumie… ten maj jakiś taki chłodny, niewyraźny. I ja taka niewyraźna. Może w maju sobie jeszcze odpuszczę, a wezmę się za siebie od czerwca? W czerwcu będę super zmotywowana, zdeterminowana, konsekwentna i silna jak diabli. Czuję to. Wiem to.
Znasz to? Jasne, że znasz.
Wiesz też, że Twoje “jutro” nie nadejdzie nigdy.
Bo nigdy nie będziesz na tyle wypoczęta, najedzona, zadowolona, odstresowana czy swobodna, żeby z własnej nieprzymuszonej woli zrezygnować ze swojej wygody i zaspokajania doraźnych potrzeb na rzecz żelaznej dyscypliny, stawiania sobie granic i trzymania samej siebie w ryzach. Nie czekaj aż “coś się zmieni” i “Ci się zachce”, bo się nie doczekasz. Idealny moment nie istnieje, dogodna chwila nigdy nie nadejdzie, a Ty będziesz tak trwać, niepostrzeżenie zsuwając się po równi pochyłej na samo dno. Pod ciężarem własnej dupy.

No więc zaczynamy. Dzisiaj, teraz, od razu. I wcale nie musi to być program Metabolic Balance. Oczywiście nie polecam głodówek czy absurdalnych diet w stylu „kopenhaskiej” (osłabia), Dukana (obciąża) i „master cleanse” (głodówka zaburzająca metabolizm). Wszystkie z nich wypróbowałam i mam jak najgorszą opinię, przy absolutnym braku efektów. Moim zdaniem świetne rezultaty daje zbliżona do założeń Metabolic Balance – „dieta paleo”.
Jeśli jednak masz awersję do wszelkich diet i restrykcyjnych programów żywieniowych oraz przeraża Cię zbyt duża presja, zacznij niezobowiązująco i banalnie: zrezygnuj z chleba i makaronu (węglowodany proste) albo odstaw przetwory z krowiego mleka (zakwaszająca organizm laktoza) – i zobacz, jak się z tym poczujesz. Czy bardzo brakuje Ci w diecie tych produktów czy też możesz się bez nich obejść?
“Nie wyobrażam sobie dnia bez kromki świeżego, jeszcze ciepłego, chleba z masłem”. Brzmi znajomo? Jasne, ale to, że sobie “nie wyobrażasz” nie znaczy jeszcze, że faktycznie nie jesteś w stanie przeżyć dnia bez tego nieszczęsnego chleba z masłem. Spróbuj, może jednak się da – może jednak jesteś w stanie poskromić samą siebie, postawić sobie granice i nie ulegać własnym przyzwyczajeniom?
Przypomina mi się tutaj jeden fragment wykładu o żywieniu mojej dietetyczki, który uświadomił mi wiele (pozornie banalnych) rzeczy:
Jedząc codzienne posiłki, nie kierujemy się kategoriami “chcę się jutro dobrze czuć”, ale kategoriami “mam ochotę na…”. W ten sposób ludzie nagminnie uprawiają hedonizm organoleptyczny, każdego dnia robiąc sobie “dobrze” jedzeniem i wytyczając w mózgu system “nagradzania się” – kojarząc określone pokarmy z konkretnymi stanami emocjonalnymi. Tu pojawiają się tzw. “comfort foods”: czekolada kojąca wszelkie smutki, chrupiący chlebek z masełkiem będący synonimem bezpiecznego domu, tłusty rosołek babci jedzony na przeziębienie, pachnąca szarlotka na ciepło z lodami, kluseczki czy pierożki “jak u mamy”, odprężający drink po męczącym dniu; czarna mocna kawa, bez której nie sposób się obudzić czy obowiązkowy papieros na ukojenie skołatanych nerwów. W efekcie karmimy samych siebie nie tylko jedzeniem, ale także określonymi emocjami, które ono ze sobą niesie. Jeśli mamy problem z nadwagą i chcemy na serio zmierzyć się z tym problemem, to przede wszystkim powinniśmy rozdzielić jedzenie i uczucia.

Proste ćwiczenie: Zastanów się, z czym kojarzy Ci się jedzenie, które spożywasz? Co czujesz, jedząc?
1. Jakie uczucia wzbudzają w Tobie produkty czy potrawy, o których wiesz, że ewidentnie Ci nie służą lub przyczyniają się do tycia?
2. Dlaczego mimo to je pochłaniasz? Czy naprawdę czujesz się wtedy wolna i zrelaksowana czy może momentalnie pojawia się w Tobie poczucie winy, porażki i wstydu?
3. Czy jedząc cokolwiek, czujesz się winna?
4. Czy zdarza Ci się, że wprost z obżarstwa rzucasz się w obsesyjne głodzenie, by po kilku dniach skapitulować z poczuciem przegranej?
5. Dlaczego robisz to samej sobie? Dlaczego wykorzystujesz jedzenie w swoim własnym systemie kar i nagród?
6. Dlaczego nadajesz mu tak wielkie znaczenie w swoim życiu?
7. I na koniec najbardziej banalne i oklepane: żyjesz, by jeść czy jesz, by żyć?
Odpowiedz sama sobie, w myślach, albo tutaj – poniżej w komentarzach pod tą notką. Może nawet lepiej wyartykułować to na piśmie, wtedy staje się bardziej realne i konkretne – może też pomóc innym dziewczynom w dotarciu do przyczyn traktowania jedzenia jako problemu pełnego sprzecznych emocji.
Wywołana do tablicy, odpowiadam jako pierwsza:
1. Jakie uczucia wzbudzają w Tobie produkty czy potrawy, o których wiesz, że ewidentnie Ci nie służą lub przyczyniają się do tycia?
Pociągają mnie. Zakazany owoc ponoć smakuje lepiej, choć czasem – pochłaniając kolejnego batonika, od którego mnie mdli – zastanawiam się, czy faktycznie tak jest, czy może raczej wmówiłam to sobie? Dlaczego nie pragnę obsesyjnie brokuła, od którego mnie nie mdli, a tęsknię za przesłodzoną czekoladą, od której po pierwszym kęsie zbiera mi się na wymioty? Dlaczego kocham masło orzechowe, mimo że momentalnie odczuwam po nim nieprzyjemną ciężkość i “oblepienie” żołądka od wewnątrz?

2. Dlaczego mimo to je pochłaniasz? Czy naprawdę czujesz się wtedy wolna i zrelaksowana czy może momentalnie pojawia się w Tobie poczucie winy, porażki i wstydu?
Dlaczego? Nie wiem. Może dlatego, że nie lubię zakazów? Może dlatego, że nie lubię z czegoś rezygnować i nie chcę aby mnie coś “omijało”? W pierwszym geście przekroczenia granicy pomiędzy “nie mogę/nie powinnam” a “chcę/wolno mi” może i czuję wolność, przez chwilę. Jednak momentalnie pojawia się we mnie poczucie, że nie było warto, że – jak pisał Schulz – “zapach przekracza to, co ziszcza się w smaku”. Antycypacja “organoleptycznej rozkoszy” tworzy iluzję, która nas zwodzi i w rezultacie samo wyobrażenie zakazanej czekolady/chleba/makaronu z sosem okazuje się smaczniejsze niż realny produkt, który zjadamy. I stąd pojawia się rozczarowanie, poczucie zawiedzenia i frustracji, że znów daliśmy się omamić własnym wyobrażeniom. Może jestem w błędzie, ale tak to właśnie widzę.

3. Czy jedząc cokolwiek innego, czujesz się winna?
Tak, kiedy już samą siebie zamęczę kolejnymi, coraz bardziej wyśrubowanymi, zakazami żywieniowymi i nieustannym ich łamaniem, to potem już lecę po całości i nienawidzę siebie za wszystko, co ląduje na moim talerzu. Głupio się przyznać, ale w takich chwilach marzę o zostaniu anorektyczką. Tak, wiem, anoreksja to poważna choroba, a nie powód do głupich żartów, ale niestety moje myślenie o jedzeniu osiąga takie właśnie szczyty absurdu.

4. Czy zdarza Ci się, że wprost z obżarstwa rzucasz się w obsesyjne głodzenie, by po kilku dniach skapitulować z poczuciem przegranej?
Permanentnie. Zawsze po maratonie objadania się czuję się podle – nie tylko psychicznie, ale i fizycznie: ociężała, opuchnięta, senna i przygnębiona. Dopadają mnie wtedy wizje szybkiego i całkowitego oczyszczenia się (od wewnątrz i od zewnątrz). Głodówka wydaje się wtedy najprostszym rozwiązaniem. Niestety okazuje się najgłupszym i najbardziej brzemiennym w skutki (o czym napiszę w jednej z kolejnych notek). Nie mam tu na myśli prawdziwych kilkudniowych głodówek leczniczych, do których przygotowujemy się stopniowo i według zaleceń dietetycznych, ale impulsywną i podjętą w rozpaczy decyzję “od teraz nic nie jem”.

5. Dlaczego robisz to samej sobie? Dlaczego wykorzystujesz jedzenie w swoim własnym systemie kar i nagród?
Dobre pytania :) Bo jestem sobą rozczarowana i wkurzona? Bo nie lubię samej siebie? Bo znów nie udało mi się być idealną? Bo postawiłam sobie na samym początku zbyt wysokie i przez to nierealne wymagania? Powodów jest wiele. Rozwiązanie zawsze tak samo beznadziejne.

6. Dlaczego nadajesz mu tak wielkie znaczenie w swoim życiu?
Bo jedzenie jest moim przyjacielem-pocieszycielem i najgorszym wrogiem jednocześnie. Bo przynosi mi ukojenie i rozpacz zarazem. Bo jest najszybciej działającym na wszystko lekarstwem, które po chwili okazuje się śmiertelną trucizną.

7. I na koniec najbardziej banalne i oklepane: żyjesz, by jeść czy jesz, by żyć?
Oczywiście, że życie jest celem, a jedzenie środkiem – bla bla bla. Wszyscy jednak wiedzą, jak jest naprawdę. Gdyby było inaczej, nie miałybyśmy problemu i nadprogramowych kilogramów.

Teraz Wasza kolej! :)
Przyłączysz się? Ciałopozytywnie o życiu, tyciu i chudnięciu



Dodaj komentarz