Od wielu lat. Nie wiem, kiedy dokładnie to się zaczęło. Może jeszcze w liceum, podczas pierwszej depresji. Może na studiach, w czasie stresującej sesji egzaminacyjnej. Nie pamiętam… Może po jakimś bolesnym rozstaniu albo traumie z 1997… Może dopiero wtedy, kiedy zamieszkałam sama i rozpaczliwie odbijałam się od ścian pustego mieszkania na końcu świata. Nie wiem, nie potrafię tego umiejscowić w czasie i przestrzeni.
Pewnie zaczęło się niepozornie, tak jak zwykle się to zaczyna. Jasne, że próbowałam już dużo wcześniej, jak każdy, ale w pewnym momencie przestałam to kontrolować i po prostu szłam na całość. Najpierw raz, drugi, trzeci – przy jakiejś szczególnej okazji, w towarzystwie. Potem coraz częściej – samotnie. I coraz bardziej w ukryciu. Za każdym razem, gdy czułam się smutna, głupia, niechciana, niekochana, słaba czy zagubiona – szukałam w tym pocieszenia. Po cichu i ukradkiem, z poczuciem winy i wstydu. Przez lata dawałam sobie w ten sposób chwilowe ukojenie, pocieszenie i wytłumienie emocji. Pozorne, bo po wszystkim ten cały syf uderzał we mnie jeszcze mocniej, zwielokrotniony rosnącym poczuciem winy i porażki.
Jestem uzależniona. Od lat próbuję z tym walczyć, na różne sposoby. Miałam dłuższe lub krótsze okresy abstynencji. Cieszyłam się z jednej lub drugiej wygranej bitwy, ale prawda jest taka, że ta wojna nigdy się nie skończy, a ja i tak czuję się przegrana.
Jestem uzależniona. Cierpi na tym nie tylko moje ciało, ale i moja psychika. Dwa lata temu byłam przez to o krok od bardzo poważnej choroby, ale wtedy udało mi się na chwilę wyciszyć problem. Teraz znowu powrócił, ze zdwojoną siłą. Mam świadomość tego, że niszczę swoje zdrowie, ale nie potrafię przestać. Aktualnie mój organizm przestał to tolerować, broni się przed tym i pokazuje mi, że ma już dość – a ja nadal, z uporem maniaka, podaję mu potężne dawki trucizny.
Jestem uzależniona, ale nie zobaczysz mnie pijanej, skacowanej czy zataczającej się po ulicy. Nie zauważysz moich podkrążonych oczu, zwężonych źrenic, drżących rąk czy przekrwionego nosa. Gdy jestem pod wpływem, nie bełkoczę, nie awanturuję się, nie narobię sobie wstydu ani nie jestem dla nikogo zagrożeniem. Owszem, nie kontroluję się, ale przez mój nałóg nie stracę pracy i przyjaciół, nie narobię sobie długów, nie wpadnę w złe towarzystwo, nie rozpadnie się mój związek. Mój nałóg nie zniszczy niczego, oprócz mnie samej i mojego zdrowia.
Czy wiesz, że moje uzależnienie jest w pełni akceptowane społecznie? Dzięki niemu kwitnie polski handel i światowa gospodarka, prezesi agencji reklamowych dostają niebotycznie wysokie premie za każdą kolejną kampanię, a przemysł farmaceutyczny oraz lekarze i psychiatrzy mają pełne ręce roboty. Kolorowe reklamy na ulicach, w prasie, telewizji i internecie przekonują mnie, że w moim uzależnieniu nie ma nic złego – wręcz przeciwnie! Jest źródłem radości, relaksu, dobrej zabawy i cieszenia się życiem. Podaruj sobie chwilę przyjemności. Jesteś tego warta. Poczuj radość. Zapomnij o całym świecie.

Jestem uzależniona od cukru.

Mówiąc “uzależniona”, nie mam na myśli tego, że lubię słodycze, kocham czekoladę i zajadam się wafelkami. Tak było kiedyś. Teraz nic nie jest w stanie zaspokoić mojego cukrowego głodu. Im więcej przyjmuję glukozy, tym rozpaczliwiej, więcej i bardziej jej potrzebuję. W chwilach ostatecznego upokorzenia zjadam kostki cukru z cukiernicy. Żenujące, to prawda.
– Co to za nałóg, daj spokój, po prostu przestań żreć i po problemie!

Jasne, że uzależnienia od cukru społecznie znaczy tyle co nic. No bo przecież nikt nie kradnie ani się nie puszcza, żeby mieć na działkę cukru. Jest go pod dostatkiem w każdym sklepie i kosztuje grosze. Nie trzeba być pełnoletnim, żeby kupić żelki, cukierki i coca-colę. Nikt nie wpada z bronią do osiedlowej Żabki, żądając kartonu czekolady Milka i Snickersów. Nie istnieje czarny rynek słodyczy, nikt nikogo nie ściga za nielegalną produkcję cukru, nie istnieje żadna cukrowa mafia czy szajka zajmująca się dilerką syropu glukozowo-fruktozowego wśród nieletnich. „Przecież wszyscy wiedzą, że cukier krzepi. Jedz na zdrowie! Nic ci się nie stanie: cukru nie sposób przedawkować, po prostu trzeba znać umiar”.

Otóż nie jest to wcale takie proste. Wiem, co mówię. Od niemal 2 lat jestem (teoretycznie) na diecie bezglutenowej, bezlaktozowej i bezcukrowej, która wymaga ode mnie totalnej rezygnacji ze wszystkiego, co do pewnego momentu było moim absolutnym “must have” codziennego menu. Pieczywo, zboża, makarony, krowie mleko i jego przetwory, a do tego owoce. Ot, standardowa polska piramida spożywcza. Dieta Metabolic Balance całkowicie zmieniła tę piramidę (o czym możecie poczytać TUTAJ), natomiast ja rozpoczęłam walkę z samą sobą. Dlaczego walkę?
Po prawie 2 latach zmagań stwierdzam, co następuje:
– Bez problemu zrezygnowałam z mleka, jogurtu, kefiru i mlecznych deserów, bez których kiedyś nie wyobrażałam sobie życia i potrafiłam zjeść ich dziennie nawet 5-6
– Bez problemu zrezygnowałam z chleba, bułeczek, drożdżówek i innych form pieczywa, które uwielbiałam, a także masła, margaryny, serków i twarożków.
– Bez problemu zrezygnowałam z makaronów i mącznych sosów, słodkich owoców i soków owocowych.
Odstawiłam. Nie tęsknię. Nie potrzebuję ich. Mimo że dawniej nie wyobrażałam sobie dnia bez zjedzenia tych produktów.

Jedyną rzeczą, z którą nie potrafię sobie poradzić i która wraca do mnie jak bumerang, raz po raz nokautując mnie i moją dietę, jest cukier. Nie panuję nad moim kompulsywnym i obsesyjnym zapotrzebowaniem na cukier. Nie potrafię w żaden sposób kontrolować mojego cukrowego głodu. Ulegam mu za każdym razem, coraz silniej i coraz bardziej desperacko. I za każdym razem czuję się coraz gorzej.
Owszem, miałam miesiące bez cukru (tylko dzięki temu udało mi się zrzucić 20kg), ale tylko ja wiem, jak ciężko było mi przetrwać okres odstawienia i detoksu. Nigdy nie byłam od niczego uzależniona. Narkotyki, papierosy, alkohol – nie mają nade mną żadnej władzy. Nie dają mi aż takiej przyjemności, której potem mogłabym wciąż łaknąć. Cukier daje mi wszystko. I wszystko zabiera.
Przez ostatnie miesiące milczałam tu na blogu na temat swojej diety i odchudzania. Powód? Znowu jestem w cukrowym ciągu. Przytyłam 7 kilogramów w ciągu 3 miesięcy.

Zaczęło się – jak zwykle – niewinnie. I podkreślam, że nie ma w tym niczyjej winy. Oprócz mojej. Otóż przeszłam kurację akupunkturową (do poczytania – TUTAJ). Chiński Mistrz i jego asystentka zalecili mi picie wieczorami czarnej herbaty z cukrem celem “odżywienia mózgu” glukozą. Początkowo się broniłam, mówiąc jak wiele trudu i wysiłku kosztowało mnie wyeliminowanie cukru z diety; jak bardzo jestem od niego uzależniona i jak ciężko będzie mi zapanować nad cukrowym głodem. Przekonali mnie jednak, że “najpierw zdrowie, a potem odchudzanie”. Uległam. W naszym domu pojawiło się pudełko białego cukru w kostkach, a ja znów poczułam “słodkiego kopa”, którym sama sobie strzeliłam samobója i popchnęłam na równię pochyłą.
Dla mnie, osoby uzależnionej od cukru, nie ma czegoś takiego jak “trzy łyżeczki cukru do herbaty”. Te pieprzone “trzy łyżeczki” to jak dla alkoholika imieninowy toast setką wódki za zdrowie pana domu. Sprawa nie kończy się ani na okazjonalnym toaście, ani na posłodzonej herbacie.
Nie będę wdawała się w szczegółowy opis tego, co dzieje się ze mną od początku lipca, bo po pierwsze jest to dla mnie bardzo upokarzające, a po drugie wiem, że tę notkę przeczyta także Syd i dowie się, że w kwestii mojej diety przez ostatnie tygodnie nie byłam z nią szczera. Moje każde wyjście z domu: na spacer z psami, do sklepu po zakupy, na terapię, na spotkania zawodowe – zawsze związane było z kompulsywnym objadaniem się słodyczami. Jeśli akurat nie miałam kasy na słodycze – napychałam kieszenie kostkami cukru. Wiem, żałosne.

Dosyć szybko zorientowałam się, że coś jest nie tak. Od kiedy przeszłam 2 lata temu na dietę, cukier przestał mi smakować. Naprawdę, przysięgam. Czekolada z orzechami nie ma już tego obłędnego smaku co dawniej. Nutella nie jest już rozkoszą dla podniebienia, a batoniki, żelki i wafelki nie posiadają już tej ekstatycznej mocy poprawiania humoru. Poszczególne słodycze straciły dla mnie swój oryginalny i niepowtarzalny smak. Wszystko smakuje tak samo – cukrem.
Ale paradoksalnie – nie o smak tu chodzi, ale o to, czego domaga się mój mózg. Bo wcale nie ciało. Mojemu ciału, mojemu językowi, moim kubkom smakowym – słodycze nie smakują już tak jak dawniej. To mój mózg domaga się cukru. Bez względu na wszystko. Za wszelką cenę.

Jak działa mechanizm uzależnienia od cukru?
Dokładnie tak jak mechanizm uzależnienia od alkoholu, narkotyków, hazardu czy seksu. Cała tajemnica tkwi w mózgu.

Jądro półleżące (łac. nucleus accumbens) to kilkadziesiąt tysięcy neuronów stanowiących część układu nagrody (czyli ośrodka przyjemności) u człowieka, odpowiadającego za motywację i kontrolę zachowania. Pobudzenie układu nagrody w mózgu wiąże się z subiektywnym odczuwaniem silnej przyjemności. Szczury laboratoryjne mogące kontrolować elektryczną stymulację tego ośrodka (na przykład przez naciśnięcie dźwigni w swojej klatce) koncentrują się na tej czynności, całkowicie zaniedbując odżywianie. Taką “dźwignią” pobudzającą jądro półleżące w ośrodku przyjemności są dla człowieka – przykładowo – narkotyki i alkohol. Oraz – jak się okazuje – cukier.

Podczas spożywania substancji uzależniającej jądro półleżące w mózgu dostaje dopaminowego kopa, odczuwanego jako przyjemność. Co więcej, dopaminie towarzyszy serotonina zwana “hormonem szczęścia”. Pech chciał, że zarówno dopamina (odpowiadająca za ADD/ADHD) , jak i serotonina (odpowiedzialna za depresję), są w moim mózgu towarem deficytowym. Przyjmowane przeze mnie leki: Seroxat (paroksetyna) i Medikinet (metylfenidat) teoretycznie powinny podnosić poziom serotoniny i dopaminy w moim mózgu. Czy faktycznie podnoszą? Nie wiem. Można rzec, iż w ramach profilaktyki intuicyjnie i zupełnie niechcący wprowadziłam do mojego “leczenia” kompulsywne wpierdalanie cukru celem wyrównania poziomu obydwu tych neuroprzekaźników. I teraz nie wiem, jak z tego wybrnąć.
Problem w tym, że w miarę upływu czasu podczas spożywania substancji stymulującej , jaką jest w tym przypadku cukier, dopaminowo-serotoninowy kop coraz bardziej słabnie. Trzeba więc go dostarczać coraz więcej i coraz częściej, bo mózg już zdążył sobie skojarzyć i zakodować smak słodyczy jako zastrzyk szczęścia, energii, ukojenia i poczucia bezpieczeństwa. Co ciekawe, w mózgach osób otyłych jest o wiele mniej receptorów reagujących na dopaminę niż w mózgach osób szczupłych. Im mniej receptorów, tym potrzebna jest większa dawka substancji stymulującej dopaminę, aby osiągnąć „przeciętne” odczuwanie przyjemności.

Jesz więcej i więcej, z czasem w ogóle przestając odczuwać spodziewaną przyjemność, a zamiast niej – wręcz przeciwnie: rozpacz, poczucie pustki i świadomość porażki. Zaczynasz zdawać sobie sprawę, że twój narkotyk już nie działa, ale nie potrafisz już go odstawić, bo mózg wciąż chce go więcej i więcej.
Widzisz, że jest coraz gorzej. Tyjesz w zastraszającym tempie. Nie masz na nic siły. Patrzysz jak w ruinę obraca się ponad 2 lata Twojej diety, ćwiczeń i wyrzeczeń. Rzygasz już słodyczami, ale nie potrafisz przestać. Za każdym razem, gdy próbujesz odstawić cukier, twój mózg się buntuje. Wpadasz w depresję, jesteś rozdrażniony, zrozpaczony, zdezorientowany, na nic nie masz siły. Wydaje ci się, że odrobina „słodkiego” pomoże ci przetrwać dzień. Ale na odrobinie nigdy się nie kończy. Dla osoby uzależnionej od cukru nie istnieje coś takiego jak „jeden cukierek”, „kawałek ciasta” czy „jedna kostka czekolady”. To już nawet nie jest kwestia słodyczy. Jeśli nie masz do nich dostępu, będziesz pochłaniał czysty biały cukier. Dalszy opis daruję wam i sobie, bo się po prostu wstydzę.
No i tak.
Jestem Olga. mam 37 lat i mam problem, bo mój narkotyk jest dosypywany wszędzie.
Wchodząc do pierwszego lepszego sklepu spożywczego, mam pewność, że 99,9% jego asortymentu zawiera cukier lub syrop glukozowo-fruktozowy.
Na ulicy, w telewizji, w prasie – kolorowe reklamy przekonują mnie, że ów narkotyk jest całkowicie bezpieczny i zapewni szczęście nawet małym dzieciom.

Kiedy mówisz, że jesteś narkomanem, alkoholikiem czy hazardzistą – wszyscy proponują ci odwyk, wskazują odpowiednie ośrodki, programy pomocowe, terapie, leki.
Kiedy mówisz, że jesteś uzależniony od cukru – dziwią się, o co ci chodzi. Przecież każdy lubi sobie od czasu do czasu zjeść coś słodkiego. To zupełnie niegroźne! Pan z kiosku pod moim domem nazywa to „małym co nieco” i za każdym razem zachęca mnie, żebym kupiła sobie coś na osłodę: „Przecież trzeba mieć coś z życia! Miłego dnia!”.

Tymczasem po raz kolejny rozpoczynam cukrowy detoks.
Wypadałoby przestać wychodzić z domu, wyłączyć internet, radio i telewizję, przestać czytać prasę,
bo przecież dilerzy mojego narkotyku są wszędzie.

Przyłączysz się? Ciałopozytywnie o życiu, tyciu i chudnięciu



Dodaj komentarz