To trochę głupie, co napiszę, ale faktem jest, że jednym z moich najskrytszych i pilnie strzeżonych sekretów była i jest pewna – nieco wstydliwa – miłość. A dokładniej – miłość do kosmetyków.
Da-bum-tssss!

Afekt ów jest we mnie tyleż silny, co niestety nieodwzajemniony. Natura obdarzyła mnie dosyć dyskusyjną urodą (dla prawdziwych amatorów gatunku, no umówmy się), a do tego problematyczną skórą ze skłonnością do trądziku (z którym zmagam się do dziś – w wieku lat 36 i pół!), wspaniałym cellulitem i tendencją do tycia. Czego chcieć więcej? :)

Generalnie mam wrażenie, że kiedy w zaświatach prenatalnych rozdawano wszelkie atuty kobiecości, ja nie załapałam się do żadnej kolejki, bo akurat się zagapiłam i stałam gdzieś pod ścianą, dłubiąc w nosie i myśląc o niebieskich migdałach. No ale cóż począć. Nie można mieć wszystkiego. Mam dwie ręce, nóg na szczęście tyle samo.

„Ostatecznie to nie jestem taka… nie jest tak źle, nie jestem taka brzydka! Jestem powabna, w ogóle mam… ładne oczy mam. Usta mam ładne, nos. Figurę mam ładną. W ogóle jestem powabna. Włosy mam nawet ładne… kręcą mi się.”
[Dziewczyny do wzięcia – reż. Janusz Kondratiuk, 1972]
Wychowana przez Mamę w duchu: “Po co ci uroda, daleko na niej nie zajedziesz!”, “Tylko puste dziewczyny dbają o swój wygląd!” oraz “Ubranie nie musi być ładne! Ma być ciepłe, praktyczne i nie rzucające się w oczy”, przez całe dzieciństwo (no tak mniej więcej do 17 roku życia) nosiłam:
* ciuchy, z których wyrosły moje kuzynki albo dzieci sąsiadów
* ciuchy moich rodziców, które skurczyły się w praniu
* przedziwne hybrydy poprzerabiane ze starych rzeczy na maszynie Łucznik Predom przez moją zaradną rodzicielkę (jak ta legendarna już zimowa kurtka, którą mama uszyła mi z dwóch mniejszych kurteczek i w ramach uczynienia jej nieprzemakalną – podszyła foliowymi torebkami)
* osobliwości wydziergane na drutach przez jedną lub drugą babcię – jak ta zimowa czapka rozmiarów wiadra na deszczówkę (“Zrobiłam z dwóch warstw wełny, żeby naszej Oleńce było ciepło!”), w której gotował mi się mózg nawet przy 15-stopniowym mrozie.
Coś tam czasem próbowałam zakombinować w kwestii własnego looku i outfitu, ale szmocząc się rozpaczliwie przed lustrem, słyszałam od Mamy jedynie: „Wyglądasz o-hyd-nie! Ubrałaś się jak koczkodan!”

Oh, well. At least I tried.
Jednak o ile w kwestii mody do dzisiaj cechuje mnie osobliwa indyferencja, nad którą biada i woła o pomstę do nieba moja najmilsza Syd, o tyle w kwestii ogólnie pojętej “urody” dosyć szybko osiągnęłam mentalną niezależność i z lubością oddałam się w wieku 12 lat różnorakim eksperymentom z najrozmaitszym badziewiem kosmetycznym, które tylko wpadło mi w ręce.

A że od najmłodszych lat wszelkie słoiczki z kremami, pudełeczka z pudrami oraz cały arsenał pięknościowe szuwaksu wprost kleił się do moich rączek, a i czasy, w których dorastałam, obfitowały w rozliczne wynalazki rodzimego przemysłu kosmetycznego –

… przeto wierzcie mi na słowo: moje urodowe peregrynacje, produktowe odkrycia i żenujące wpadki tworzą naprawdę zacną biografię „blogerki kosmetycznej”, którą niestety nie jestem, ale kto powiedział, że nie mogę chociaż spróbować? ;)
Zwłaszcza, że – o pardon! – przez kilka ładnych lat, pracując jako copywriterka dla agencji reklamowych specjalizowałam się właśnie w pisaniu symboliczno-metaforycznych poematów o tuszach 10-krotnie wydłużających rzęsy, kremach wygładzających lepiej niż gaussian blur w photoshopie i perfumach kuszących lepiej niż feromony borsuka.
Także ten…
Trust me! I’m a copywriter.

Ermmm…

No cóż. Z czegoś trzeba było żyć…
Teraz, kiedy nie obowiązują mnie już żadne lojalki ani inne kary umowne, mam zamiar – trochę dla Was, a trochę dla własnej przyjemności – popisać o kosmetykach, które lubię i używam. Oraz o tych, od których dostaję uczulenia oraz wkurwu, że znów dałam się nabrać reklamie wygenerowanej przez kolegów i koleżanki po fachu.

Przy czym notki o współczesnych kosmetykach będą przeplatały się z archaicznymi wykopaliskami ery PRL’u i cudownych lat 90-tych z Vidal Sasoon Wash&Go na czele ;)
Tak więc niniejszym otwieram na blogu Zazie nowy dział – jeszcze nie wiem, jak go nazwać… Zdrowie i Uroda? W domu i w zagrodzie? Rozważna i romantyczna? Nie wiem. Macie jakiś pomysł? Albo propozycję, o czym powinnam napisać w pierwszej kolejności? ;) Oraz – czy was to w ogóle interesuje? Bo mnie tak!




Dodaj komentarz