oraz wszelkich życiowych pozytywów, aktywów, zrywów i wpływów. tak postanowiłam i tak będzie. oby.
tymczasem – no cóż, słowo się rzekło, a pierwszy wypada w niedzielę, więc trochę korci mnie, żeby jednak to moje “nowe cudowne życie” zacząć od poniedziałku, gdyż… summa sumarum wiadomo, pierwsze śliwiki robaczywki, ten tego, panie dziejku…
musicie wiedzieć, że nie jest łatwo. nie jest łatwo się przedzierzgnąć i przepoczwarzyć,
będąc dotąd całe życie zwierzęciem raczej melancholijnym, raczej mizantropijnym i raczej na opak. nie wiem, czy ten pochopnie podjęty eksperyment nie przerośnie mnie już przy pierwszym podejściu.

no bo cóż takie potargane pomiotło w dresach – jak ja – miałoby ciekawego do powiedzenia o lajfstajlu, modzie i urodzie?
zdać raport z codziennego mycia zębów i rozczesywania kołtuna? zaprezentować szesnaście modeli spranych dresów i sześćdziesiąt sześć wariacji włókienniczych na temat bezkształtnej czarnej bluzki o rozmiarach paralotni? poinstruować publiczność, jak prawidłowo nakładać maść na pryszcze oraz jak jednym ruchem zafarbować cała pralkę białych tiszertów na różowo? a może jak leżeć bezradnie na macie i ciskać kurwami w stronę bogu ducha winnej ewy chodakowskiej…?
bo to jest tak, że zawsze, ale to zawsze! – ilekroć zaplanuję sobie, że wstanę grzecznie o 6.00 rano i z zapałem rzucę się na matę, żeby ćwiczyć z Chodakowską – dzieje się tak, że nie mogę zasnąć do jakiejś 4.00, a kiedy w końcu tracę przytomność i ledwo co odzyskuję ją przed 8.00, to wtedy czuję się i wyglądam jak milion dolarów.
kredytu. w providencie.

tymczasem o 8.00 rano czeka już na mnie mopsia trzoda i nasza zagroda do obrobienia. oraz dużo moich liter w kolejce do napisania.
dzisiaj uciekłam im wszystkim. rankiem pobiegłam do “bożego squatu” przy ochockiej cerkiewce, w którym rezyduje K. lisim sprytem wywinęłam się jednak od udziału w nabożeństwie – z obawy, że moje czarne spleśniałe serduszko nie zniesie tych bosko-ludzkich obrządków, które innym dają ukojenie, zaś mnie – jakiś przedziwny wewnętrzny dygot. wybrałam się za to na spacerek po senno-niedzielnej Ochocie…
co to jest: wisi pod sufitem i grozi?

no, zdiełano.

próbuję się w nich przeglądać, ale coś mi nie wychodzi.

piękny okaz badyla dekoracyjnego w witrynie fryzjera damsko-męskiego

na Ochocie taka żyzna gleba, że nawet plastik wyrośnie!

szlachetne rysy, niemal bez skazy.

być pajacem z nosem dorobionym z brudnej plasteliny. no, tak się czasem czuję.
na pocieszenie kupiłam sobie nowy numer czasopisma „Kaczor Donald”

do którego dołączono mój ulubiony „szlam planktona” – tym razem w wersji DIY
a poza tym – jakoś mi tak organicznie słabo. może to “zima” trwa za długo, a może moja anemia (poziom mojej ferrytyny wynosi raptem 5, podczas gdy zdrowa norma to 13-150) daje się we znaki?

chyba mnie to moje wielomiesięczne odchudzanie odrobinkę wyćwarzyło. trochę nie mam siły, ewo-chodakosko. więc wybacz mi, że dzisiaj nie, ale za to jutro. o ile mnie ktoś dobudzi o 6:00.

dobra, to jest ostatnia notka, w której jęczę. serio.
jutro zaczynam nowe ulepszone życie.
jakby co, to zostawiam Wam jeszcze dwie piosenki. a właściwie to jedną.
no to cześć!
chet faker, no diggity
blackstreet ft. dr dre, no diggity


Dodaj komentarz