moje odchudzanie i mozolna wspinaczka do jako takiej formy cielesnej
nie są bynajmniej pasmem spektakularnych sukcesów, o nie!

i chociaż moja dietetyczka odtrąbiła wszem i wobec zwycięstwo
nad moją mutant-masą i po 5 miesiącach porzuciła mnie na pastwę losu

oraz reszty dietetycznych pokus, to niestety z perspektywy czasu
muszę z przykrością stwierdzić, że anihilacja nadmiaru dupy, ud i bioder
nie jest mi dana raz na zawsze. ani tym bardziej mocny charakter
z silną wolą w pakiecie. jest ciężko.

nadal czuję się gruba i brzydka. nadal muszę schudnąć.
doceniam, że jeszcze co poniektórzy gratulują mi zrzucenia sadła,
no ale bądźmy szczerzy – odbyło się ono dawno, a ja w tak zwanym międzyczasie
nie dokonałam niczego więcej. za to upadłam po wielokroć.
oczywiście, że nie przytyłam od momentu chwalebnego schudnięcia,
ale i nie schudłam nic ponad to. ważę plus minus 65 kg –
z lekkimi wahnięciami w obydwie strony, ale bez znaczących wychyleń.
co i tak jest sukcesem, zważywszy na fakt, że idąc krokiem niespiesznym –
dajmy na to z łazienki do kuchni – potrafię się zupełnie przypadkowo nadziać
na blachę gorącego jeszcze brownie, które upiekła dobie Syd, a ja –
broniąc się zaciekle przed atakiem obcych sił, muszę w obronie własnej
skonsumować jakieś pół metra kwadratowego bezglutenowego ciasta
składającego się w 80% z czekolady. to się zdarza.

to mi się zdarza zazwyczaj. ale wcale nie jest śmieszne.
jestem uzależniona od cukru. uzależniona. psychicznie i fizycznie.
owszem, miewam okresy abstynencji,
ale równie często wpadam w wielodniowe ciągi,
które doprowadzają mnie do rozpaczy
oraz żenujących sytuacji, których wolałabym uniknąć.

niestety, taka prawda.
no ale przecież walczę, walczę…
mam inne wyjście?
ostatnio moje kijki do nordic walking przykurzyły się nieco, stojąc smętnie pod ścianą.
– ciężko jest nimi popierdalać w deszczu, mrozie lub zamieci śnieżnej –
tak to sobie tłumaczę. ale nie mogę tak dłużej.
czuję, że psychicznie znów staje się gruba.
bo grubą jest się w głowie. raz na zawsze.

możesz chudnąć, cieszyć się przez chwilę, być z siebie dumną przez moment –
a potem wszystko wraca. niekoniecznie wraz z kilogramami.
Gruba nigdy nie umiera. ona czeka spokojnie, przyczajona. cicha –
żeby znów zaatakować i przejąć kontrolę nie tylko nad duszą, ale i ciałem.
a wtedy – pozamiatane.
boję się Grubej.
panicznie boję się Grubej.
mam ochotę ją zatłuc gołymi pięściami.
dlatego po raz setny – postanowiłam być silna.
i mieć wielkie mięśnie tuż pod napiętą skórą.
tylko jeszcze nie wiem, jak tego dokonam.
no dobra – wiem. ciężką pracą i hektolitrami potu.
znam siebie i wiem, że potrafię się wkręcić –
ćwiczyć jogę przez 12 godzin w tygodniu,
latać z kijkami po 10 km dziennie,
kończyć trening na siłowni o 23:00, ale…

… najtrudniej jest mi zacząć.
trudno mi się przełamać, boję się tego pierwszego oporu materii,
trudu, zmęczenia, potu, niewygody.
kombinuję, motywuję się i…

obserwuję z ukrycia tę zbiorową euforię, te skalpele, te turbo wyzwania,
te codzienne przysiady i mordercze kurcgalopy w miejscu.

wcale się nie śmieję, przysięgam!
zazdroszczę, podziwiam i zbieram się w sobie.
jak patrzę na te wszystkie “wieloryby” przemienione w “delfiny” –
to naprawdę mało mnie obchodzi, co te wszystkie Bojarskie-Ferenc,
Lewandowskie, Dżejn-Fondy i inne “jedyne prawdziwe trenerki”
mają do powiedzenia na temat “niezrozumiałego fenomenu Chodakowskiej”,
jej rzekomo nieprofesjonalnych i kontuzyjnych ćwiczeń czy też histerycznej
sekty fanatycznych wyznawczyń. absolutnie mnie to wali.
ciekawe dlaczego żadnej z “pań profesjonalnych” nie udało się dotąd to,
co robi ten znienawidzony, hejtowany i wyśmiewany “Paulo Coelho fitnessu”

a że robi z tego biznes? niech robi! ludzie tego pragną. ludzie to kupują.
ja to kupuję.
ja tego potrzebuję i pragnę.

chcę się wkręcić. gorąco łaknę żarliwej wiary
w magię przysiadów, brzuszków i skłonów.

chcę tu wklejać pojebane motywacyjne obrazki, chude umięśnione laski,
cytaty mistrzów fitnessu i cudowne przemiany nawróconych jawnogrzesznic.
zrobię wszystko. chcę ćwiczyć jak pierdolnięta.

jest 10 lutego. miesiąc to dla mnie trochę za mało…
powiedzmy, że 10 kwietnia wrzucę na bloga fotę before&after.
trzymajcie mnie za słowo! oraz kciuki!
po prostu się zmuszę, a potem samo jakoś pójdzie…
Przyłączysz się? Ciałopozytywnie o życiu, tyciu i chudnięciu



Dodaj komentarz