albo jakoś w ten deseń.
tak właśnie mogłabym podsumować ostatnie wydarzenia, które umilają nam
naszą wielomiesięczną walkę o byt. albo niebyt. już sama nie wiem, co lepsze.
w obliczu dzisiejszych “eventów” kwestie treningów, wewnętrznej dyscypliny
czy dbania o sylwetkę zeszły na nieco dalszy plan. przepraszam, próbowałam
odpisać na wasze komentarze, ale nie dałam rady, bo zdążyła już wybuchnąć
kolejna bomba z gównianą niespodzianką w środku.
wszystko się wali, pali i pierdoli. jak tak dalej pójdzie i tendencja się utrzyma,
to niebawem żadna Chodakowska nie będzie mi potrzebna,
bo po prostu nie będę miała co żreć i schudnę jak ta lala.
puszczają nam nerwy i opadają ręce.
szukając rozwiązań, co będzie z nami dalej – trochę w żartach, a trochę na serio –
jako jedną z alternatyw poddałam Syd albo emigrację albo wspólne samobójstwo.
bo tak chujowo to jeszcze nie było.
wyżalę się tutaj, na blogu – do wszystkich i do nikogo zarazem.
wybaczcie i absolutnie nie czujcie się zobowiązani.
o to właśnie chodzi – żeby wyrzucić z siebie,
nikogo przy tym nie obarczając.
każdy ma swoje problemy.
i każdy ma największe.


Dodaj komentarz