
katastrofa. zopiklon mi się skończył, a zatyczki do uszu zdematerializowały się
w niewyjaśnionych okolicznościach. zażywszy w zastępstwie jakiś ziołowy szuwaks,
szamotałam się sennie w pościeli od jakiejś 22:00. a następnie obudziłam się.
i już więcej nie zasnęłam. od 02:30 do rana. czyli do 05:40, kiedy to wstałam,
chwiejnym krokiem przemieściłam się pod prysznic i załkałam. a raczej rozbeczałam się.
nie śpię, bo nie mogę przestać myśleć. nie umiem się uwolnić. ani tym bardziej uciec.
za oknem jest pięć stopni zimniej niż u Nosowskiej, a moje namiętności nie stygną,
wręcz przeciwnie. a poza tym uwielbiam tę piosenkę i coś bym wam powiedziała,
ale i tak nie uwierzycie, więc – jak zwykle – będę milczeć. w sumie to wychodzi mi najlepiej.
ze śmiesznych rzeczy to słuchajcie, mam taką oto: – stoję sobie na wysokiej chyboczącej się drabinie
i bardzo, ale to bardzo się staram nie zjebać na podłogę, choć wszystko wokół mi wiruje;
wieszam plakaty na ścianie i naprawdę się pilnuję. serio. w ramach nowoczesnych metod ergonomii
i racjonalizacji pracy na wysokościach zdejmuję sobie ze ściany magnesy mocne jak skurwysyn,
żeby je mieć w zanadrzu i – nie wiedzieć czemu – łączę je ze sobą w takie jakby namagnesowane wieżyczki;
no po prostu bóg mnie opuścił i zabrał ze sobą resztki intelektu, bo chwilę później muszę je rozłączyć
i za cholerę nie mogę. klnę w duchu i na głos, a następnie niechcący przytrzaskuję sobie dwoma magnesami
palec wskazujący, który natychmiast tryska krwią. tańczę więc na tej drabinie, magnesy strzelają,
a czerwona jucha spływa ciurkiem po plakatach. i tak jest zawsze. zawsze. zawsze.
ilekroć się staram, tylekroć robi mi się coś takiego.
wniosek jest jeden: borsuk lepiej by te plakaty powiesił niż ja.
ale to ja się przejmuję i mi się to potem śni po nocach.
o ile zasnę, rzecz jasna.


Dodaj komentarz