2014 wcale nie był zły. to po prostu mi z nim nie wyszło, bo byłam nie dość oraz zbyt.
ot, zwykłe niedopasowanie charakterów zakończone cichym rozwodem bez orzekania o winie.
ale po co wylewać łzy nad rozlanym mlekiem, kiedy można zlizać whisky ze stołu…?
nigdy nie miałam ciśnienia na szampańską zabawę i upojnego sylwestra,
dlatego zawsze i co roku asekuracyjnie planuję spędzić go w domu oraz w piżamie,
nie czyniąc absolutnie żadnych postanowień noworocznych i innych takich,
które potem – niczym wyrzut sumienia – szpeciłyby mi niepotrzebnie krajobraz.
ale od czego mamy naszych ukochanych Ochocian? no od czego? :))
z nimi nawet grudniowy śnieg z deszczem smakuje jak
słodka cukrowa pianka z brokatem ♥
wystarczy nam po prostu cudownie zaśpiewać…

a potem to już leci samo!

także ten… no… ;)
jeśli zaczynam froterować kudłami podłogę…

to znaczy, że bawię się naprawdę wybornie!
pierwsze sekundy nowego roku spędziłyśmy we dwie…

na scenie lokalnego domu kultury, w którego murach
bawiłyśmy się tej magicznej nocy…

oczywiście scenę także zapragnęłam wyfroterować!

pośród miliona pazłotek doznałam wniebowstąpienia

i czułam się jak pajęcza konstelacja na rozgwieżdżonym niebie.
moje czarne spleśniałe serduszko wypełniło się po brzegi radością…

a w głowie dźwięczała mi piosenka, która tej nocy
nie opuszczała mnie aż do świtu
Satellite’s gone up to the skies…
Thing like that drive me out of my mind…
i było mi tak słodko, słodko, słodko…
a teraz może jednak czas na jakieś postanowienia noworoczne?
macie jakieś? ;)


Dodaj komentarz