
zawieszam się co chwilę, przykładam głowę do czegokolwiek i zamykam oczy,
wcale nie pragnąc snu. po prostu odpływam. daleko, gdzie indziej, inaczej. byle nie tutaj.
chociaż tutaj jest wcale pięknie i zaiste najlepiej. ja to doceniam. kocham. trwam. wierzę.
ale wciąż jest we mnie ta wielka ucieczka, parada szaleńców, jakiś durny pęd
do niewiadomego, wahadłowy lot ćmy do ognia, pełzanie po powierzchni w poszukiwaniu
namiętnie wymyślonego, cudownie nierealnego, obezwładniająco zgubnego.
ciągłe pulsujące dążenie, które w każdej chwili staram się poskramiać;
podświadome lgnięcie do gorącego, przywieranie całym ciałem do ostrych krawędzi,
obsesyjne pragnienie, które duszę w zarodku i tęsknota, której mimowolnie się oddaję.


Dodaj komentarz