moje niemal codzienne dziarskie marsze z patykami
– noga, ręka, noga, lewa, prawa, lewa, pięta, palce, pięta –
stawiają mnie do pionu i przywracają trzeźwość myślenia;
prądy rześkiego powietrza – by nie powiedzieć “kieleckie wypizdy” –
raz za razem smagają mnie po łydkach, podszczypują w uda
i dają całkiem porządnego kopa w dupę.
dzięki temu zaczynam zdawać sobie sprawę z tego, co ja właściwie robię.
a raczej czego nie robię. oraz czego robić z pewnością nie powinnam,
jak na przykład: zawracać ludziom głowę własnymi głupotami.
jest to przecież zupełnie zbędne, niepotrzebne, niestosowne. należy przestać.
jak również: zachować umiar we wszystkich innych przejawach żywota własnego.
jeszcze chwila, a w ogóle przestanę używać słów.

acha, wcale nie czuję się źle. wręcz przeciwnie.
staram się czuć bardzo dobrze.
a raczej: bardzo się staram.


Dodaj komentarz