chciałam to mam. wiadomo – uderz w stół, a odezwą się nożyce, grzebień, grabie
oraz widły do przerzucania internetowego gnoju. zacnie jest mieć hejterów,
którzy – gotowi na każde wezwanie – usłużnie dopierdolą ci w komentarzach,
bezinteresownie zmieszają z błotem w mailach albo zaspamują bloga swoim badziewiem.

po ostatniej notce na chwilę włączyłam moderację komentarzy,
blokując rwący strumień szamba z anonimowych źródeł,
ale szybko zrezygnowałam i po prostu założyłam bana na IP kilku upartych kretynów.

naprawdę nie chce mi się po raz kolejny tłumaczyć im, jak mocno, jak bardzo i jak głęboko
mam ich wszystkich w poważaniu. i jak nisko musiałabym upaść,
żeby się z nimi wdawać w jakąkolwiek dyskusję. nie tylko z tymi, którzy
w krótkich acz dobitnych słowach żegnają się ze mną: “kasuj bloga i spierdalaj”;
ani z tymi, którzy mają czelność proponować mi, że jakby co, to oni chętnie przejmą mojego bloga
i że jakoś się na pewno dogadamy; ani w końcu z tymi, którzy troskliwie zapytują,
czy nie boję się tak publicznie “mieć depresji w internecie”, bo przecież “ktoś się w końcu dowie”.
ale kto? – pytam.
kto?!!
absztyfikanci grubej berty
i katowickie węglokopy,
i borysławskie naftowierty,
i lodzermensche, bycze chłopy.
warszawskie bubki, żygolaki
z szajką wytwornych pind na kupę,
rębajły, franty, zabijaki,
całujcie mnie wszyscy w dupę.
upiłam się strasznie w halloweenową noc i byłam absolutnie szczęśliwa.

hejterów i internetowych mądrali może zainteresować fakt, że uwielbiam mieszać jacka danielsa z colą. i paroksetyną.
ktoś ma coś do dodania?
nie słyszę, dziękuję :)
ej, po co ja właściwie piszę bloga? mówiąc szczerze – nie ma głupszego pytania.
odpowiedź jest jedna, niezmienna i zawsze brzmi: po nic.
piszę po nic. piszę sobie. a muzom. a wirtualowi.
piszę, bo lubię. bo chcę. bo mam potrzebę.
chcę, by moje monologi nie dryfowały w próżni, ale trafiały na opór materii.
odbijały się z impetem od cudzego zdania, konfrontowały z innym spojrzeniem.
chcę się dzielić swoją spaczoną wizją świata, durnymi pomysłami i jakże odkrywczymi spostrzeżeniami.
przeskoczyłam w końcu przez wyimaginowany mur i zaczęłam mówić o sobie głośno.
nie zawsze na temat, nie zawsze dyskretnie.
nie raz obrywałam po uszach od znajomych i przyjaciół, a czasami zupełnie obcych ludzi.
ileż obrażonych, oburzonych, zniesmaczonych czy zawiedzionych – musiałam przepraszać, tłumaczyć albo iść w zaparte.
bo nie można przecież pisać bezkarnie. ludzie wolą, gdy nabiera się wody w usta i połyka własny język.
drugie pytanie, które słyszę od wielu lat – bo niektórzy złośliwi
uporczywie zadają je wszystkim blogerom:
– czy naprawdę sądzisz, że twoje życie jest tak ciekawe, wyjątkowe i ważne,
że wszyscy internauci powinni o nim czytać? !
oczywiście, że moje życie jest ciekawe, wyjątkowe i ważne, bo jest moje. to logiczne.
dlatego je sobie zapisuję słowami i obrazkami. i ani „wszyscy” – ani „powinni”.
kto chce, ten czyta.
nie czyta o mnie.
czyta mnie.
tymczasem na świecie blogów jest pierdyliard i ciut ciut.
i myślę sobie, że żadna to sztuka –
siedzieć w wygodnym fotelu i tworzyć iluzje na użytek publiczny.
robię to zawodowo. za pieniądze. owijam słowa w bawełnę i gówna w sreberko.
jestem wyuzdaną potrzebą klienta. marzeniem konsumenta. tajną bronią sprzedajnych sił.
więc – nie. nie będę kupczyć składnią na własnym blogasku,
nie chce mi się tworzyć wersji uznawanej za prawdziwą, bo będę musiała ją spamiętać
celem zachowania późniejszej konsekwencji i utrzymania wiarygodności przekazu.
naprawdę mi się nie chce. nie mam czasu. tutaj odpoczywam.
tutaj pluję pod nogi pestkami, gwiżdżę przez zęby i dłubię sobie w oku.
tu jest mój prywatny ogródek, działka moje hobby i rolniczy kwadrans.
i to jest poniekąd odpowiedź na pytanie, dlaczego na blogu
nie piszę o sztuce, kulturze, filozofii i modnych restauracjach,
tylko o swoim grubym tyłku, brzydkich pieskach, brzydkich laleczkach
i innych brzydkich rzeczach, z którymi mam niewątpliwa i częstą przyjemność.
jestem za stara i zbyt zmęczona na pseudointelektualny i estetyzujący bullszit.
a jeśli – przypadkiem – zaglądają tu moi pracodawcy, zleceniodawcy,
profesjonalni i kulturalni znajomi z branży tej lub innej,
no to ja bardzo przepraszam bardzo, ale sorry – jestem u siebie,
chodzę w dresie i tiszercie, który przed chwilą upierdoliłam niechcący dżemem –
zdarza się, nawet królowej angielskiej, której pies z pewnością nie raz
zeszczał się na dywan w buduarze lub wyrzygał pod portretem Henryka VIII.
a tak na serio – myślę, że ci wszyscy, którzy tak intensywnie przeżywają
fakt cudzego blogowania jako „ekshibicjonistyczne odzieranie własnego życia
z intymności, prywatności, praw autorskich oraz innych dóbr i wartości” –
powinni przejrzeć zawartość swoich profili na fejsbukach i naszych klasach,
zdjęcia w czułych objęciach z matką, żoną lub kochanką; nagie fotki własnych dzieci,
zdjęcia z szalonych imprez wrzucone i samowolnie otagowane przez znajomych,
facebookowe statusy zdradzające wnikliwemu obserwatorowi więcej niż powinny –
a także zrobić szybki skan tego wszystkiego, co beztrosko wypisują na forach dyskusyjnych
lub w innych miejscach internetowej użyteczności publicznej i firmują to własnym adresem mailowym-
oraz kiedy, gdzie i z kim tak ochoczo meldują się na foursquerze.
albo twittują zawzięcie raz na kwadrans: piję kawę, palę fajka, robię kupę, idę do kina, mój pies robi kupę,
siedzę w domu na L4 i urządzam piana-party, itp.
z tej perspektywy blogowanie okazuje się archaiczną sztuką epistolografii w konwencji sobie a muzom,
znakami dymnymi na horyzoncie, wiadomościami w butelce rzucanymi wezbranym falom na pożarcie,
nadgryzionym zębem czasu balkonem, na którym wygłaszam swoje urbi et orbi
do głuchych gołębi spacerujących po wyślizganym bruku…
nigdy nie wiem, kto tutaj zajrzy, kto co przeczyta i co kto pomyśli.
oczywiście, że mogłabym nie pisać bloga. tak samo jak mogłabym nie mieć mopsów.
podobnie jak nie kochać Syda. albo nie mieć na imię Olga.
ale piszę, mam, kocham, jestem. właśnie taka, a nie inna.
więc zatroskane zdziwienie – czemu blog, po co, dlaczego – nie ma najmniejszego sensu.
taka jest moja ekspresja.
oto moje odciskanie śladu na rzeczywistości.
myślę jednak, że dawniej byłam bardziej tolerancyjna. dzisiaj już się nie rozdrabniam.
realnych znajomych, którzy aktualnie poprzestają tylko na lekturze mojego bloga,
nie zadając sobie trudu bezpośrednich kontaktów ze mną –
nazywam po prostu konsumentami.
jestem dla nich cukrem do porannej kawy. gorzką pigułką na sen.
albo syropem na przeczyszczenie.
jakiś czas temu zaproponowałam czytelnikom bloga Zazie wypełnienie ankiety,
o której potem – jak zwykle – zapomniałam ;)
poniżej wklejam wyniki.
w sumie po nic – ale dla porządku: niech będą :)















Dodaj komentarz