Dzisiaj łamy mojego bloga oddaję mojej Czytelniczce – Bognie Wilk – która w poniższym,
bardzo osobistym i ważnym tekście, porusza trudny temat chorowania na depresję w ciąży.
Temat trudny tym bardziej, że czas oczekiwania na dziecko obrósł fantastycznymi legendami,
idiotycznymi stereotypami i absurdalnymi mitami, z którymi jak najszybciej trzeba się rozprawić.
Dzisiaj co prawda śmiejemy się z dawnych ciążowych przesądów:
* nie siadaj po turecku, bo dziecko będzie miało krzywe nogi;
* nie noś na szyi łańcuszka, bo dziecko udusi się pępowiną;
* nie maluj się, bo córka zostanie ladacznicą a syn alfonsem;
* nie przytulaj się do psów, bo dziecko będzie włochate;
– ale jeszcze nasze mamy i babcie musiały zmagać się z tymi iście kretyńskimi zabobonami.
Kolejna batalia dotyczyła długotrwałego obalania równie absurdalnych mitów medycznych:
w czasie ciąży musisz jeść za dwoje; zakaz seksu przez całe 9 miesięcy; badanie USG zaszkodzi dziecku… i tak dalej…
Do tego dochodzą jeszcze wszystkie dobre rady krewnych i znajomych królika oraz współcześnie lansowany w mediach
model “sexy mamy”, która 9-miesięcy ciąży spędza na różowej chmurce rozkosznego oczekiwania na maleństwo:
bez porannych nudności, zgagi, pryszczy, hemoroidów czy puchnących nóg. A tym bardziej bez depresji.
No bo jak to… depresja w ciąży?! Dopiero co oswoiliśmy się z “baby-bluesem” i przyjęliśmy do wiadomości
istnienie pełnoobjawowej depresji poporodowej, a tu nagle okazuje się, że wielomiesięczny “stan błogosławiony”
może dla wielu kobiet czasem męczarni, podczas której – z troski o swoje wymarzone, wyczekiwane i ukochane dziecko –
rezygnują z poszukiwania profesjonalnej pomocy, przypisując swój dramatyczny i coraz bardziej pogłębiający się stan depresji,
hormonalnym zawirowaniom i emocjonalnej karuzeli poprzedzającemi tę wielką zmianę w swoim życiu.
Pogląd jakoby ciąża chroniła przed depresją jest mitem. Jeszcze większą bajką jest przekonanie wielu lekarzy,
że ciąża jako “stan błogosławiony” rozwiązuje wszelkie problemy psychiczne kobiety,
łagodząc lub całkowicie niwelując wcześniejsze stany lękowo-depresyjne.
Naukowcy z Uniwersytetu w Bristolu oraz z Uniwersytetu Zachodniej Anglii –
na podstawie badań przeprowadzonych na 11 tyś. kobiet i ich dzieci urodzonych w latach 1991-92 –
wykazali, że nie leczona depresja ciążowa zwiększa ryzyko zaburzeń rozwojowych dziecka o 34%,
zaś o 60% zwiększa ryzyko przedwczesnego porodu.
Takie są fakty, zaś porady, które serwuje się w Polsce kobietom cierpiącym na depresję ciążową
brzmią mniej więcej tak:
“Aby pomóc sobie samej, należy przede wszystkim dbać o siebie – ładnie się ubierać, wychodzić na spacery
i relaksować się, aby zminimalizować uczucie stresu i przygnębienia. Jeżeli dokucza samotność (bo jest się na zwolnieniu,
a rodzina i znajomi pracują), trzeba postarać się tak zorganizować czas, aby udało się z kimś spotkać, porozmawiać, wyżalić.
Nie należy również ukrywać uczucia przygnębienia, złości czy żalu.” [ www.babyonline.pl ]

Bogna Wilk „O depresji, nerwicy
i przyjmowaniu leków antydepresyjnych w ciąży”
„O zaburzeniach lękowych i depresyjnych pisze się coraz więcej. Na przestrzeni ostatnich kilku lat
do problemów tego rodzaju przyznało się wiele gwiazd i ludzi związanych z show biznesem.
Popularność schorzeń nie zdejmuje jednak z osób na nie chorujących piętna „dziwnej choroby”,
w pojawienie się której nie wszyscy są w stanie uwierzyć, a niektórzy nawet twierdzą, że jej nie ma.
Co dopiero, kiedy osoba chorująca jest … w ciąży.
Kiedy zaczynam pisać ten materiał, jestem w 24 tygodniu wymarzonej ciąży
i od tygodnia przyjmuję leki przeciwdepresyjne. Czuję się już lepiej – nie płaczę całymi dniami,
ale sen jeszcze nie wrócił. Udaje mi się zasnąć na góra 2-3 godziny – pozostały czas to leżenie plackiem
i nadzieja, że tak jak poprzednim razem – choroba odpuści i zacznę spać.
Jest nas bardzo wiele – matek oczekujących na swoje wyczekane i planowane potomstwo,
z nawrotami lub pierwszymi rzutami choroby. Wiele z nas z dużym opóźnieniem trafia do lekarza psychiatry,
ponieważ istnieje przekonanie, że w ciąży leki typu inhibitory zwrotnego wychwytu serotoniny (SSRI)
są bezwzględnie zakazane. Na forach roi się od wyrzutów sumienia,
jakie zdrowe osoby czynią cierpiącym na zaburzenia lękowo-depresyjne ciężarnym.
Że są bez serca. Że myślą tylko o sobie. Że dziecko będzie miało trzecią rękę, będzie niepełnosprawne umysłowo.
Brakuje rzetelnych informacji, co zrobić, jeśli wystąpią objawy choroby. W związku z tym na forach internetowych
pojawia się coraz więcej pytań zdesperowanych mam, czy inne mamy brały leki antydepresyjne w ciąży.
Tymczasem od momentu zarejestrowania się na forum do chwili podjęcia ewentualnej decyzji o rozpoczęciu leczenia
mijają najczęściej 2-3 tygodnie podczas których choroba się pogłębia.
Jeżeli przyjmujemy, że zaburzenia depresyjno-lękowe są odpowiedzią ludzkiego organizmu na stres cywilizacyjny
jaki niesie ze sobą kapitalizm i współczesne, szybkie życie; jeżeli wiemy, że nie da się za bardzo uniknąć codziennego stresu
i że w istocie każdy z nas jest mniej lub bardziej narażony na jego działanie w zależności od predyspozycji genetycznych,
to wydaje mi się, że najwyższa pora zacząć mówić o depresji i jej leczeniu w trakcie całego życia bez ogródek.
Pierwszy rzut choroby nastąpił u mnie na przełomie 2012/2013 roku,
miałam wtedy 28 lat, byłam niespełna rok po ślubie.
Zawsze byłam typem pracusia i achievera – idealne dziecko wschodzącego kapitalizmu.
Od 3 lat pracowałam na bardzo wysokich obrotach, dla szefowej, która nigdy nie była zadowolona,
chociaż dopóki miałam siłę, dawałam z siebie wszystko.
Pracowaliśmy wiele godzin w tygodniu, czasem również w weekend. To nie była korporacja –
ale szefowa umiała zrobić z życia pracowników piekło. Lubiła mieć ofiarę – o tym mówiło się między pracownikami,
ale nikt nie miał odwagi się jej przeciwstawić.
W końcu w jej diabelskiej wyliczance kto następny wypadło, że to ja będę najsłabszym ogniwem.
Młoda, zdolna, pracowita – to wszystko nie było ważne.
Było coraz gorzej, aż któregoś dnia, pędząc ze spotkania na spotkanie, dziwnie się poczułam.
Jakbym miała się przewrócić albo umrzeć. Kołatało mi serce.
Powiedziałam kolegom, że nie wiem co mi jest, ale żeby w razie, gdyby coś mi się stało, wezwali karetkę.
Potem przestałam spać. Doszły problemy rodzinne. Jestem typem „Fighterki”, ciężko było mi się przyznać do depresji.
Mój mąż do tamtej pory uważał, że depresja nie istnieje.
Któregoś dnia wychodząc z toalety w jednym z warszawskich centrów handlowych
nie poznałam w tłumie własnego męża. Dzień później brałam już leki.
Choroba sprawiła, że musieliśmy zawiesić starania o dziecko. Po pół roku leczenia byłam znowu sobą.
Kolejne pół roku i zaczęliśmy znowu myśleć o dziecku. Kiedy dowiedział się o ciąży, psychiatra kazał odstawić leki.
Odstawiłam z dnia na dzień. Choroba wróciła po 20 tygodniach. Najpierw zaczęłam budzić się w nocy ok. 3-ciej
i zasypiałam z powrotem. Tydzień później budziłam się już w nocy co 2-3 godziny.
Czułam, że to może być zapowiedź kolejnego rzutu, ale oddalałam od siebie tę myśl.
Liczyłam się w depresją poporodową, ale nie depresją w ciąży.
Jednak kiedy w nocy doszły lęki, koszmary, a od rana do popołudnia zbierało mi się tylko i wyłącznie na płacz,
wiedziałam już, że stoimy wraz z mężem i moim ukochanym nienarodzonym dzieckiem
przed znanym mi już wrogiem na D.
Wizyty u psychiatry bałam się jak ognia. Nie wiem czy kiedykolwiek będę w stanie mówić, że leczę się u psychiatry.
Wolałabym, żeby był to neurolog. Pamiętałam, że dowiedziawszy się o ciąży psychiatra mówił, że w ciąży nie można brać leków.
Zapomniał tylko poinformować mnie, co mam zrobić, gdybym zaczęła się źle czuć.
Straciłam przez to 2 tygodnie płonnej wiary w to, że zmiany w moim układzie nerwowym jeszcze się cofną.
Trafiłam na forum, na którym inne matki w mojej sytuacji wymieniały się doświadczeniami.
I resztkami sił w końcu trafiłam do psychiatry, który powiedział: „Dobrze że Pani przyszła”.
Nic się samo nie cofnie. Ale dzięki tym dwóm tygodniom poznałam inne matki z całej Polski.
Nie jestem sama. Jest nas wiele. Całe podziemie.
Tylko nikt nie mówi o tym głośno, bo hasło „psychotropy” wciąż kojarzy się z wariatami.
A my jesteśmy całkiem normalne. Może nawet pracujecie z nami na co dzień.
Może widujecie codziennie ze starszymi dziećmi w warzywniaku. 1 na 10 matek – sami policzcie.
PS. Problem depresji i karmienia piersią w Stanach Zjednoczonych zdaje się budzić znacznie mniej kontrowersji.
Być może wynika to z większej otwartości społeczeństwa. W swojej książce „Baby Love” Rebecca Walker pisze,
że w celu uniknięcia nawrotów dręczącej kobiety w jej rodzinie od pokoleń depresji w ciąży,
zdecydowała się przyjmować antydepresanty całą ciążę, w najmniejszej możliwej dawce podtrzymującej efekt leczenia.
Jej syn, obecnie 5-letni Tenzin, urodził się zdrowy.”
* * * * *
Bogna Wilk – trzydziestolatka w 25 tygodniu ciąży, na 50 mg Sertraliny (dawka która pomaga jak umarłemu kadzidło,
ale przynajmniej z płaczącego warzywa zamienia ją w działaczkę społeczną). Z wykształcenia anglistka i prawniczka,
achiever i wykształciuch, warszawianka z dziada pradziada, nie słoik. Na depresję choruje od lat trzech,
chociaż pierwsze symptomy przyszły wraz z pierwszą pracą w wieku 26 lat.
Prywatnie ciepła dziewczyna z perlistym śmiechem, nie znosząca fałszu i zakłamania.
Żona, córka i matka in spe, która nie pozwoli chorobie zdominować swojego życia i odebrać macierzyństwa.

Bogna, jeszcze raz dziękuję za zaufanie i ten świetny tekst!
Dziewczyny, zachęcam was do dyskusji i podzielenia się własnymi doświadczeniami, historiami i przemyśleniami.
Nie ukrywam, że ten temat depresji i farmakoterapii w ciąży jest dla mnie osobiście bardzo ważny –
dobrze wiecie, że sama zmagam się ze stanami depresyjnymi, nerwicą natręctw i ADD/ADHD.
Jakby tego było mało – pojawiła się wstępna diagnoza CHAD.
W takiej sytuacji odstawienie leków po prostu nie wchodzi w grę.
Czy takie dziewczyny jak ja i jak Bogna, w ogóle mogą myśleć o zajściu w ciążę,
bezpiecznie przetrwać te 9 miesięcy i marzyć o urodzeniu zdrowego dziecka?
Bardzo jestem ciekawa waszego zdania.
ściskam,
Zazie


Dodaj komentarz