jestem dokładnie pośrodku, w połowie drogi,
tkwiąc przeważnie w epicentrum swojej egzystencjalnej sraczki.
upaskudzona po kokardę próbuję jeszcze recytować
jakieś szatańskie wersety i obrazoburcze manifesty,
ale wychodzi mi to raczej marnie.
chuja tam.

Mam znowu doła, znów pragnę śmierci.
Wszystkie formy samobója przed oczyma stają mi.
Nic nie mam, tylko z daszkiem nieba zamyślony kaszkiet
Piszę wyłącznie, piszę wyłącznie
uczuć starym drapakiem.
Ból przemijania, choroby, wojny, rozpacz
Wszystkie ciemne strony życia dręczą mnie ach kurwa mać.
Może jestem nienormalny, za krótko byłem w wojsku
Może w lecie jakiś komar adidasa sprzedał mi…
aczkolwiek kiedy pomyślę o krainie łagodności, to dostaję mdłości.
zdecydowanie jest mi bliżej do brzydkich chłopaków po służbie zasadniczej,
choć rzewna nuta tli się we mnie jak niedopałek ekstra mocnego w kryształowej popielniczce.
och taaak, zazie, zwariuj i umrzyj. przecież to wychodzi ci najlepiej.

tymczasem postanowiłam walczyć jeszcze bardziej. ze sobą. o siebie.
jeszcze mocniej się starać i jeszcze stabilniej trzymać się w pionie;
ciasno zasznurować gorset i usta, pozapinać swoje sprawy na ostatni guzik,
emocje trzymać na wodzy, a nerwy na krótkich postronkach.
dbać o siebie, uprawiać aktywność fizyczną i regularnie spożywać posiłki.
oh, fake it till you make it!
bądź jak swietłana stanko na czele warszawskiego maratonu
albo astrid robiąca doktorat z deformacji oktupolowych. w paryżu.
bądź jak ktokolwiek, tylko bądź. jakkolwiek. kiedykolwiek. błagam.



Dodaj komentarz