nie spływa po mnie. ani jak po kaczce. ani jak po tafli kuloodpornego szkła.
chłonę wszystko jak gąbka i nasiąkam pomyjami, które natychmiast
zaczynają we mnie fermentować, mutować i gnić.

puchnę od tego, cały ten syf nabrzmiewa mi pod skórą i zaczyna rosnąć w ustach.
póki co – połykam go grzecznie, żeby tylko nie zarzygać sobie butów.
bo przecież nie wypada. tak przy ludziach. no bo co powiedzą.
co jeszcze mi powiedzą…



Dodaj komentarz