żeby w miarę sprawnie funkcjonować potrzebuję codziennej rutyny,
regularności, stałych ram czasowych, nieprzekraczalnych granic
oraz miękkiej bandy, od której mogłabym się łagodnie acz zdecydowanie
odbijać za każdym razem, kiedy próbuję się wyłamać. czyli właściwie co chwilę.
niestety wolność, dowolność, swoboda i freelance są tak naprawdę budujące
tylko i wyłącznie dla tych “zdrowych”, zorganizowanych, o nieupośledzonej uwadze,
nienaznaczonych chaosem i wewnętrznym kociokwikiem.
tymczasem ja męczę się tą wolnością i miotam.
nieporządek burzący strukturę dnia wkrada się nawet najmniejszą szczeliną,
której nie zdążyłam w porę zabezpieczyć.
taki na przykład brak snu.
zasypiam z trudem, nad ranem. wciąż budzę się przed piątą. i dalej już nic.
zostały mi tylko dwie tabletki imovane.
tymczasem ciężko jest wejść w dzień z wysoko podniesioną głową,
by na terenie wroga, jakim staje się rzeczywistość, wyglądać w miarę godnie
i nie musieć przemykać pod ścianami, szukając co rusz oparcia.
wkurwia mnie to coraz bardziej. wkurwiam się. siebie samą wkurwiam sobą.
coś się w końcu musi zmienić. nie chcę o tym pisać, bo już rzygam tematem.

kończąc ze Sputnikiem, przywlokłam ze sobą do domu monstrualny bałagan,


który zaledwie miesiąc wcześniej udało mi się upchnąć na maleńkim metrażu pracowni.


teraz na powrót musiałam go rozparcelować i bezboleśnie, lub może raczej bezlitośnie,
wtopić w krajobraz naszego mieszkania.

często jestem zła na siebie, że tak bezczelnie anektuję czyjąś przestrzeń życiową,
organizując w niej wątpliwej urody instalacje, makiety, ogrody, laboratoria i statki kosmiczne.
głupia sprawa, ale ciężko mi bez tego żyć.

czasem jednak wyobrażam sobie, że jestem szczęśliwa, wychodząc rano do pracy w jakimś biurze,
takiej na przykład agencji reklamowej, w której przecież pracowałam,
wytrzymując – jak na mnie – naprawdę długo. no więc chodzę do pracy,
w pracy myślę o pracy, a nie o czymś innym.

po całym dniu pisania tekstów, burz mózgów, briefów i sriefów – kończę pracę,
wracam wieczorem do domu, w którym nie ma żadnych lalek, domków, kamienic, historii
i całego tego baśniowego syfilisu, jem kolację z dziewczyną, bawię się z psami,
prowadzę życie towarzyskie, mam porządek w mieszkaniu.

jestem spokojna,
idę spać, a po przespanej nocy idę rano do pracy, która daje mi satysfakcję,
sukces zawodowy i dobrobyt finansowy.
no przecież byłoby genialnie. wszyscy byliby zadowoleni.

oprócz mnie.

bo ja żyję tu.

i tu.

i tu.
i w głowie.


Dodaj komentarz