Pisałam ostatnio, że jestem niesamowicie spokojnym człowiekiem. Dopóki się nie zdenerwuję. Bo jeśli to nastąpi, to nie sposób mnie zatrzymać, więc logiczne, że lepiej uważać.
Od wielu lat – a dokładniej dwunastu – niektórzy z czytelników bloga Zazie sporadycznie testowali moją wytrzymałość nerwową na okoliczność bluzgów w komentarzach, prostackich wyzwisk pod moim adresem,
czy niewybrednych maili z żenującymi podtekstami. Spoko luz – internet zniesie wszystko, a ja jeszcze więcej. Po tylu latach zabawy w blogowanie naprawdę nie robi na mnie wrażenia fakt, że pani Jola z Łodzi uważa mnie za chorą i zepsutą, pan Mirosław, prawdziwy Polak, każe mi uciekać w podskokach z biało-czerwonej ojczyzny, pani Aldona z okolic Morąga porównuje mnie do grubej świni, zaś anonimowy internauta przez bramkę proxy wysyła mi swoje fantazje seksualne. Jak dla mnie – bomba!
Częstokroć nie pozostaje mi nic innego jak niemy podziw wobec ich kreatywności językowej, fanatycznego zaangażowania i maniakalnego uporu godnego lepszej sprawy. Ale wszystko ma swoje granice, nawet mój podziw.
Otóż w lutym na moim blogu – pod notką o kolejnym epizodzie Zazowej depresji – pojawił się kulturalny komentarz czytelnika podpisującego się imieniem i nazwiskiem oraz przedstawiajcego się jako doświadczona psychoterapeutka stosująca dość niekonwencjonalne metody wyciągania pacjentów z depresji. Osoba ta zaproponowała mi pomoc terapeutyczną oraz podała adres swojej strony internetowej.
Nie byłabym sobą, gdybym tam zaraz nie pobiegła po internetowym sznurku.
Jednak to, co zobaczyłam i przeczytałam, wprawiło mnie w osłupienie, które dosyć szybko przerodziło się w niemal stuprocentową pewność, że strona jest ewidentną ściemą i żaden terapeuta będący przy zdrowych zmysłach nie napisałby podobnych bzdur, nie mówiąc już o zamieszczaniu plików dźwiękowych ze swoimi “wykładami” recytowanymi w formie pijackiego bełkotu.
W pierwszej chwili uznałam to za kretyński żart, ale moja niepohamowana skłonność do zaglądania za kulisy wszystkich spraw i dokopywania się do drugiego dna kazała mi nieco podrążyć w temacie.
Skutkiem czego odnalazłam prawdziwą psychoterapeutkę – ofiarę owej mistyfikacji – i poinformowałam ją o całej maskaradzie, ona zaś powiadomiła o wszystkim policję. Szybko okazało się, że fałszywą stronę internetową sfabrykowała jej ex-pacjentka, której terapia psychologiczna bynajmniej nie zakończyła się sukcesem lecz jakąś emocjonalną dramą.
No cóż, nie wnikam. Nie moja sprawa. Ale niestety mój blog.
Mój blog, na którym w komentarzach ktoś bezczelnie podszywa się pod inną osobę celem ośmieszenia i podważenia jej kompetencji zawodowych. Zagotowało się we mnie. Nie dość, że nie akceptuję i potępiam takie formy internetowej “ekspresji twórczej”, to sama dobrze wiem, jak łatwo plotką, pomówieniem czy idiotycznym żartem zniszczyć komuś karierę zawodową, a nawet życie. Niejeden raz dostawałam maile od “życzliwych”, którzy w ramach serdecznej i bezinteresownej złośliwości zapytywali mnie, czy moi pracodawcy wiedzą o moim blogu oraz o tym, że chodzę na manify i parady równości oraz leczę się na depresję. Te nieudolne próby “zastraszania” mnie nie robiły na mnie większego wrażenia, ponieważ nigdy nie robiłam tajemnicy ani z mojego światopoglądu, ani z problemów, z którymi zmagam się od wielu lat. Od zawsze stawiałam jednak wyraźną granicę między moim życiem prywatnym, sferą zawodową a internetowo przestrzenią moich zainteresowań i nieformalnych kontaktów z ludźmi – na blogu nigdy nie pojawiały się informacje lub materiały, które w moim mniemaniu mogłyby zaszkodzić mojemu życiu zawodowemu. Dlatego maile od życzliwych traktowałam z rozbawieniem, lecz dziwiła mnie ta łatwość, z jaką anonimowi internauci gotowi byli ingerować w czyjeś życie, nie bacząc na ewentualne konsekwencje – jak łatwo było im kogoś oczernić, upokorzyć, ośmieszyć, obrazić czy zastraszyć.

Tymczasem teraz stałam się mimowolnym świadkiem próby zniszczenia czyjegoś wieloletniego dorobku zawodowego, pozycji społecznej i zaufania pacjentów przez kogoś, kto – chcąc dotrzeć do szerszej publiczności – wykorzystał mój blog niczym megafon do nagłośnienia sprawy.
Na marginesie dodam, że ani zawodowo, ani hobbystycznie nie zasiadam w Komisji Etyki Zawodowej Cechu Psychologów, Hydraulików i Producentów Petard, więc naprawdę mało mnie interesuje, czy owa psychoterapeutka “była złą kobietą i jej się należało” czy też wręcz przeciwnie. Może ja się nie znam, ale osobiście wyznaję zasadę, że takie sprawy załatwia się inaczej. Chociażby wnosząc skargę do Polskiego Towarzystwa Psychologicznego, o ile terapeutka faktycznie przekroczyła swoje kompetencje; a także – w ramach (niemalże konsumenckiej) wolności wypowiedzi – wystawiając jej “recenzję” na forach dyskusyjnych czy w portalach psychologicznych.
W tym przypadku okazało się, że bardziej “logicznym” wyjściem dla rozżalonego pacjenta była zemsta w formie rozbudowanej mistyfikacji (stworzenie strony www ze zdjęciami i materiałami audiowizualnymi) niż dochodzenie swoich praw i racji na drodze konfrontacji z terapeutą, dyskusji z innymi pacjentami czy złożenia skargi w stosownej instytucji.
Z kolei dla mnie najbardziej logicznym wyjściem było pojawienie się w Komendzie Rejonowej Policji – w charakterze świadka w sprawie o kradzież tożsamości, cyberstalking oraz wykorzystywanie cudzego wizerunku i danych osobowych w celu wyrządzenia szkody majątkowej lub osobistej.

Mam nadzieję, że co poniektórzy potraktują tę notkę jako serdeczne ostrzeżenie i zastanowią się po wielokroć, zanim sfabrykują w internecie jakieś plotki, pomówienia, fałszywe strony www lub podszyją się pod kogoś na facebooku, włamią się na konto mailowe czy bloga albo przygotują jakąś równie idiotyczną aferę.
Takie rzeczy są karalne. I żenujące.


Dodaj komentarz