w komentarzach pod poprzednią notką – bardziej niż rozmiar mojego tyłka –
zainteresował co poniektórych stan moich włosów, do tego stopnia,
że dostałam kilka maili z żądaniem wyjawienia jakowejś tajemnicy,
którą rzekomo skrywam w zakamarkach swojego kołtuna…
a ponieważ zawsze chciałam mieć modowo-trendsettersko-szafiarskiego
i kosmetyczno-urodowo-wizażowego blogusia – dostałam wiatru w żagle
moich wielkich stylowych spodni dresowych w rozmiarze XXL i oto lecę,
oto mknę i furkoczę 30 cm ponad chodnikami.
co prawda nie zrobię wam tej radochy i nie nakręcę ponownie “haulu zakupowego”,
jaki swego czasu wykonałam przed obiektywem ipada Quentina,
czerpiąc pełnymi garściami od youtubowych mistrzów gatunku
[oto przykłady: 1, 2, 3, 4, 5]
do włosów ma stosunek raczej luźny.
jak je mam, to o nie dbam. a jak ich nie mam, to po co…
moje włosy maja bezpośredni związek z moimi emocjami,
dlatego też wiele razy w życiu zdarzało mi się z dnia na dzień
z długich włosów – zgolić się na łyso. bo tak.
zdjęć jednak nie pokażę.

lato 2004, włosy odrastają po ogoleniu na łyso

2006, fryzura z kolekcji wiosna/lato,
wykonana samodzielnie nozyczkami krawieckimi przy lustrze nad umywalką

2008, fryzura z katalogu „włosy mi odrosły, więc je myję i suszę”

lato 2009, Syd mi grzywkę obcięła

jesień 2009, poprosiłam Syd, żeby mi podcięła po bokach,
ale mi się nie spodobało, więc kazałam boki ogolić…

no i co? ;)

lipiec 2010, mam kaczy kuper zamiast grzywki!

sierpień 2010, Syd mi chciała zmodernizować fryzurę, ale wyglądałam chujowo, więc kazałam się ogolić na zero.
zwróćcie uwagę, że mam zakola przy skroniach. to mój kompleks.

luty 2011, włosy odrastają

wiosna 2011, faza na wielkie kokardy

lato 2011, włosy odrastają coraz bardziej, więc fryzurę mam iście chujową – dlatego najpierw noszę chustkę, a potem przez całe lato – czapkę

grudzień 2011, zdjęcia dla akcji „Nie czytasz, nie idę z Tobą do łóżka” – tymczasem ja jestem coraz grubsza i włosy mam dłuższe…

wiosna 2012, jestem już naprawdę gruba ;) a włosy jak włosy…

grudzień 2012, grzywka mi podrosła… waga też.

lato 2013, osiągnęłam apogeum grubości. włosy urosły, grzywka zniknęła.
w tym momencie przestałam się fotografować, bo nie mogłam na siebie patrzeć.
od tego momentu włosy sobie rosną samopas, nie podcinam ich, bo końcówki mam zdrowe.
co ja właściwie robię z włosami? a właściwie czego z nimi nie robię ;)
*do fryzjera nie chodzę
* nigdy ich nie rozjaśniałam
* nigdy nie prostowałam włosów prostownicą, nie kręciłam loków lokówką
* nigdy nie tapirowałam włosów
* nie używam pianek, lakierów i innych dziwnych substancji stylizujących
* nie olejuję włosów, nie nacieram ich żadnymi wynalazkami, ziołami, wcierkami
* nie używam profesjonalnych kosmetyków do włosów
* nie biorę żadnych suplementów na włosy, chociaż sobie takowe kupiłam kiedyś, ale zapominam łykać…
co robię?
* myję włosy codziennie szamponem wzmacniającym i zapobiegającym wypadaniu włosów:

* pod prysznicem nakładam odżywkę (akurat na czas mycia zębów) – jaką odżywkę?
taką, na którą aktualnie jest promocja cenowa w Rossmanie – generalnie cena odżywki nie może przekroczyć 20 zł ;)
![]()
* dokładnie spłukuję odżywkę najpierw ciepłą, a na koniec zimną wodą
* wyciskam włosy w ręcznik – nie trę! nie szarpię! nie wykręcam!
* psikam odżywką w mgiełce, żeby łatwiej je rozczesać
![]()
* do tej pory rozczesywałam je czymkolwiek, ale miesiąc temu dostałam w prezencie
szczotkę Tangle Teezer, która jest genialna!

* suszę włosy suszarką, ale ich nie przegrzewam
* po wysuszeniu zbieram je wszystkie razem, zawijam i spinam spinką-klamrą,

którą Syd nazywa “oktopusią” i serdecznie jej nienawidzi, bo twierdzi, że wyglądam w niej jak stara ruska baba
albo “cyganka” i każe mi rozpuszczać włosy.
ja akurat kocham wszelkie plastikowe klamry i zawsze mam jakąś “oktopusię” na stanie,
bo zbiera potargane kudły, zapina i cyk! – wygoda, elegancja, styl.

zwłaszcza jeśli dodamy do tego plastikowa koronę księżniczki.
średnio lubię nosić rozpuszczone włosy, bo mi przeszkadzają, zwłaszcza jak posmaruję usta wazeliną,
a jest wiatr i mi się te fruwające pióra przyklejają do warg, co wywołuje we mnie drgawki i pełen wkurw.
więc oktopusia jak znalazł, sami przyznacie!
ale Syd mi ciągle jęczy, że wyglądam w niej wieśniacko, więc jak gdzieś razem idziemy, nawet do sklepu,
to muszę moją ukochana oktopusię chować do kieszeni.
Syd mi grozi przy każdej kolejnej oktopusi, że mi ją wyrzuci, no ale jeszcze nie wyrzuciła ani jednej,
więc śmiem przypuszczać, że tak naprawdę je lubi, ale głupio jej się do tego przyznać.
no i tyle na temat moich włosów.
pozdrawiam moją ukochaną oktopusię! <3
ps. korzystając z okazji chciałabym również zwrócić się z apelem do producentów spinek i klamr do włosów,
aby wykonywali je w nieco większych rozmiarach, bo do większości kupowanych w Polsce oktopusi
moje włosy sie po prostu nie mieszczą, a moją obecną i jak dotąd najgenialniejszą oktopusię kupiłam
na wioskowej stacji benzynowej w Południowej Walii.
ogłaszam konkurs na najbardziej nie-wieśniacką oktopusię!!!
macie takowe? widziałyście w sklepie? na allegro?
poproszę o linki w komentarzach!



Dodaj komentarz