
dni mijają tak szybko, że nie wyrabiam. no po prostu nie wyrabiam na zakrętach.
od rana do wieczora latamy Sputniczkiem po całej galaktyce i siejemy chaos.
ja dodatkowo sypię jeszcze brokatem i cekinami.
nadal chudnę, ale jakos tak mimochodem. nie myślę o tym zbyt wiele,
bo i o jedzeniu jakoś tak niespecjalnie marzę.
zjadam ze smakiem przygotowane przez Syda – dokładnie odmierzone i zważone porcje –
ciesząc się jak dziecko na widok jabłka z cynamonem. więcej nie chcę. i nie dyskutuję.
jedyny problem jest taki, że wraz z ubytkiem ciała
poluzowane dresy furkoczą mi na wietrze niczym smętne sprane żagle.
Syd mówi, że ubieram się jak bezdomny i że nie może już na mnie patrzeć.
zarządziła także całkowity bojkot oktopusi. kupiła mi też sukienkę. boże.
jestem bezradna. w sumie to nawet lubię ładne rzeczy, ale możeba niekoniecznie na sobie.
bo zaraz wygniotę, pobrudzę, zniszczę albo zgubię. albo włożę tył na przód.
nie wiem. chyba przywykłam do tego, by się ukrywać i maskować.
ma być mi luźno, miękko i niezobowiązująco. bez prasowania. wygodnie.
i tak, żebym się mogła w moim outficie położyć w parku na ziemi.
z kolorów to najbardziej lubię czarny. ewentualnie szary.
z fasonów – namiot, latawiec, plandeka na trabanta, paralotnia, worek na ziemniaki.

co ja poradzę na to, że bardziej kręcą mnie ubranka dla moich lalek
niż dla mnie samej, a od fajnych butów wolę zestaw dłut do rzeźbienia w plastiku.
dlatego wyglądam jak łajza. no nic, trudno.
ja jestem dziewczyna w dresie i gaciach od piżamy,
nie mam w sobie nic a nic z Madame Chic.
nie mogę sobie nawet pomalować ust, bo zaraz czuję się jak
nieudolnie przebrany za kobietę transwestyta.
boże, boże… dopomóż.



Dodaj komentarz