
odbudowałam dioramę ogrodu, słuchając możliwie najsmutniejszych piosenek świata.
teraz czeka mnie budowa laboratorium cybernetycznego Jakoba von Burkhardta.

poza tym – niczym baron Munchausen – próbuję samą siebie wyciągnąć za włosy z bagna.
a raczej z kanału, w którym ugrzęzłam jakiś czas temu, spuszczając się w dół rzeki
razem z falą pierwszych roztopów na przednówku. chciałam popłynąć z prądem,
na szerokie wody, w sztormy i nawałnice, nec mergitur. nie dotykaj. albo przytul.
okazało się jednak, że wciąż jestem za gruba i stanęłam w poprzek. utknęłam na amen.
will I ever come back from my sweet melancholia…?
zakleszczyłam się, zwinięta w supeł, w miękkim kokonie wsobności, osobności i nicniemówienia.
praca, dom, praca, bałagan, mopsy, przenoszenie pracowni, zmęczenie mięśni i gryzienie się w język.
ostatnie tygodnie to wegetacja w wygodnej formie przetrwalnikowej,
która – prócz chwilowego zmysłowego pokrzepienia – nie daje mi nic,
prócz galopującej frustracji.
I’m here
with my sweet melancholia
All I know is that I’m full of need
I’m safe
with my sweet melancholy
Melancholia
were you born deep in the green ocean…
w ramach remedium na rzeczywistość i mój stan własny
zaczęłam spędzać długie godziny w pracowni. robię sobie dobrze.

ach, zapomniałabym!
otóż właśnie rozpoczynam moją ostatnią dietę odchudzającą.
jeśli i ta nie poskutkuje, to uroczyście oświadczam, że odpuszczę!
odpuszczę i pozostanę na placu boju z dumnie podniesionym czołem,
pogodzona z losem brzydkiej grubej dziewczyny, która – nie wiedzieć kiedy –
pożarła łapczywie tę skoczną 50-kilogramową Olgę, którą byłam jeszcze 4 lata temu.

wypuść mnie, brzydka gruba dziewczyno!
chcę już wyjść.


Dodaj komentarz