
przynajmniej raz w tygodniu czuję się najgorszym copywriterem świata
oraz najbrzydszą dziewczyną pod słońcem. przez resztę dni jest znośnie,
co znaczy, że udaje mi się przemykać niezauważoną – bez potykania się
o własne niezgrabne ciało i koślawe kadłubki zdań pokrętnie złożonych.
myślę sobie, że chciałabym się schować jeszcze bardziej, nie rezygnując jednak
z uczestnictwa w świecie, który – bądź co bądź – darzę prawdziwie namiętną miłością.
tymczasem kontakty z ludźmi oraz zmaganie się z międzyludzką codziennością,
zwłaszcza tą obcą, anonimową, przypadkową i nieprzewidywalną –
coraz bardziej napawają mnie lękiem i panicznym odruchem ucieczki.
łaknę tylko bliskich, dobrze znanych i oswojonych twarzy –
pragnę ich mocno, organoleptycznie i obsesyjnie
jak gdyby były moją jedyną szansą na realne istnienie –
na codzienne, żmudne i uporczywe próby zjawiania się w rzeczywistości.
nie wiem, co sprawia, że oddalam się od niej coraz bardziej, zachowując przy tym
przytomność zmysłów i racjonalność myśli. przynajmniej niektórych. przynajmniej czasami.
czasoprzestrzeń się kurczy. mam wrażenie jakbym stała na ostatniej topniejącej krze
płynącej jeszcze z prądem w dół rzeki. szansa wypłynięcia na pełne morze od początku była nikła,
ale teraz z każdą chwilą staje się coraz bardziej nierealna. czy warto w ogóle próbować?
nec mergitur i chwytam się brzytwy.
remember kids, it’s ‘down the road’ not ‘across the street’.


Dodaj komentarz