w tym roku przede wszystkim miało być blisko. oraz tanio.
ale takie rzeczy to tylko w Lidlu, jak się okazuje…

Terchova w słowackich Tatrach zaprezentowała nam się na pierwszy rzut oka całkiem zacnie – omiatałam okolicę wzrokiem na tyle dyskretnie,
by nie zauważać szarozielonych połaci krajobrazu o konsystencji rozmoczonego gówna, a tym bardziej nie pozwolić im wejść w kadr
mojego różowego ajfonka, który miał pełnić rolę jedynego aparatu dokumentującego tę turystyczno-krajoznawczą porażkę sezonu narciarskiego 2013/2014.
mam w życiu kilka zasad. i jedną z nich jest ta, że na nartach nie jeżdżę. bo nie i już.
ten fakt nie podlega dyskusji, negocjacjom ani żadnym formom międzyludzkiego kompromisu.
wy – jeździcie, ja – delektuję się krajobrazem. oraz lokalnym folklorem.

terechovska chatka – jak sami przyznacie – była dosyć niewąska i zachęcała do wszystkiego.
w zestawieniu z zaokiennym krajobrazem sugerowała konsekwentne „niewychodzenie z domu”.

ewentualnie – wygrzanie dupona w saunie i wskoczenie do lodowatej kąpieli w drewnianej balii przed domem.

naprawdę chatka była urocza, romantyczna i sexy. założę się, że w połączeniu z trzaskającym mrozem i śnieżnym opadem atmosferycznym
wywołałaby u mnie prawdziwą euforie organoleptyczną.
dlatego deficyty zmysłowe musiałam uzupełniać w pobliskiej karczmie…

oczywiście z każdym kęsem wyprażanego syra i każdym kolejnym łykiem lokalnie warzonego piwa – moja dieta coraz bardziej szła się yebać…
tymczasem frustracja rosła, no bo umówmy się… Tatry są piękne, owszem. ale Alpy to raczej nie są.

no takie solidne pagóry, że tak powiem. ale dechu nie zapierają… – ani od północy, ani od południa.
próbuję przywoływać w pamięci wersy z Tetmajera, Kasprowicza i Micińskiego, ale wszystko na nic.

w mojej głowie raz po raz rozlega się smętne „japierdolę” i tyle…
i nagle… ojapierdolę! słowacki Lidl!!!

i wiadomo – pełnia szczęścia w środkowej alejce –
czyli: lampa solna i wodospad skalny do mojej lalkowej dioramy.
naprawdę mnie to uszczęśliwiło. dlatego też postanowiłam dyplomatycznie zamknąć ryja i nie komentować zaśnieżenia okolicznych stoków…

podnieceni, z wiarą i nadzieją – poszli szusować na nartach, snowboardach i innych szatańskich szybkomknących wynalazkach…
tymczasem ja wydeptywałam sobie ścieżkę wokół stacji wyciągu…

żadnego baru, żadnego bombardino, żadnego niczego… nawet ławki żadnej.
o, drogowskaz! – patrzę. no to idę, hen na górę, na szczyt szczytów w formie plackowatego płaskowyżu. oł je.

widoki, widoki, widoki, nuuuda. nic się nie dzieje… i nagle – o! – opuszczona zagroda. czyli będzie przygoda!
biegnę.
opuszczona zagroda okazała się starą nieczynną stacją krzesełkowego wyciągu narciarskiego…

i co tu dużo kryć – ta rudera zachwyciła mnie bardziej niż wszystkie dookolne krajobrazy tatrzańskie…
brzydka gruba panieneczka i samojebeczka z okieneczka:

zwiedzam, dotykam, potrząsam, siadam, próbuję…
włażę po drabinie, macam koło napędowe

podziwiam opuszczone klozety, zaglądam w głąb, delektuję się katastroficzna pustką…
a potem wracam na dół. i znów: krajobrazy, krajobrazy, tatrzańskie krajobrazy…

bardzo piękne, serio. ale jak zachwyca, kiedy nie zachwyca?
gdyby nie ludzka ekipa, z którą taplałyśmy się w tym śnieżno-błotnym kurorcie narciarskim, to bym się chyba nabawiła ciężkiej depresji.

a na koniec ośrodek w Terchovej przerobił naszą grupę na dodatkowe 300 euro za domek. oł jeee!


Dodaj komentarz