
nigdy przenigdy nic mnie nie bolało. no… może oprócz złamanego
od czasu do czasu serduszka, częstokroć urażonej dumy
lub – od wielkiego dzwonu – otwartego parasola w dupie
na okoliczność mniejszego lub większego zadęcia kulturalno-towarzyskiego.
przez całe dzieciństwo i młodość byłam ekstremalna, przeciwbólowa i antynewralgiczna.
no… może z wyjątkiem tych chwil, kiedy raz po raz wpadałam głową na ścianę,
przytrzaskiwałam sobie palce drzwiami albo przykładałam do języka
zmrożony nabój gazowy od peerelowskiego syfonu, odrywając go potem razem ze skórą.
jakkolwiek – nigdy nic mnie samo z siebie nie bolało. do czasu.
po ukończeniu 30 roku życia nagle zaczęło. wszystko.
może trochę przesadzam, że “wszystko”, ale faktem jest,
że aktualnie odczuwam nieposłuszeństwo własnego ciała
poprzez nadreaktywność receptorów bólowych.

do czego zmierzam… otóż tym przydługim wstępem
przeciągam właśnie moment, w którym przyznam wprost:
– Olga, gratuluję! odziedziczyłaś po Babci Basi zajebiste migreny,
które dopadają cię raz w miesiącu, rażą prądem bez opamiętania
i robią z ciebie intelektualne warzywo.



Dodaj komentarz