kwestia odchudzania leży mi na sercu oraz w jego bezpośredniej okolicy,
dlatego też za radą Ali postanowiłam skurczyć objętość mojego żołądka,
wykorzystując do tego celu… sardynki. albo szprotki.
no te rybie mikrusy w małych puszeczkach, wiecie.

przepis jest prosty: małą puszkę rybek zjadamy rano z dodatkiem zieleniny.
nie czujemy głodu do godziny 14.00, kiedy to spożywamy drugą puszkę tychże.
nic prostszego – powiecie. jednak diabeł tkwi w szczegółach.
nienawidzę małych rybek. więcej – boję się ich.
napawają mnie organoleptycznym obrzydzeniem i ontologiczną odrazą –
te ich tycie ciałka osnute wokół delikatnie chrupiących kręgosłupików… brrr!
moja trauma trwa od czasu, kiedy wiele lat temu – mieszkając samotnie
w pustym mieszkaniu na końcu świata – w środku czarnej jak smoła nocy – poczułam głód.

po omacku dotarłam do kuchni i chwyciwszy widelec, otworzyłam puszkę sardynek, tudzież szprotek…
w chwili, gdy poczułam w ustach te mikre ciałka, te biedne filigranowe korpusiki,
a mój język lekko prześlizgnął się wzdłuż ich rdzeni kręgowych –
uświadomiłam sobie całą grozę tę sytuacji: oto stoję niczym zombie
w mrocznych katakumbach postindustrialnego budownictwa,
rozszarpując zębami małe rybie trupy.

i wtedy moim ciałem wstrząsnął dreszcz. tak silny, że prawie zwymiotowałam.
histerycznie wyplułam korpusy denatów, zapakowałam je razem z puszką do foliowej torebki
i – tak jak stałam – pobiegłam do osiedlowego śmietnika, żeby jak najszybciej
pozbyć się dowodu zbrodni.
dzisiejszego poranka zastygłam w pracowej kuchni
nad puszką rybek, które z wolna zaczęły mi rosnąć w ustach.
pierdolę, nie dam rady.
Przyłączysz się? Ciałopozytywnie o życiu, tyciu i chudnięciu



Dodaj komentarz