oprócz tego, że za dużo jem – bo na jedzenie, tak jak na wszystko inne
apetyt mam nieposkromiony – zdecydowanie za dużo rozmyślam,
doprowadzając się tym samym na szczyty absurdu, nonsensu i głupoty.
nie wiem, jak to napisać, by nie zabrzmiało jeszcze bardziej kretynicznie
niż w rzeczywistości, ale – tak, owszem rozważałam przez chwilę
operację bariatryczną. czyli po prostu chirurgiczne i trwałe zmniejszenie żołądka –
tak, by jednorazowo mieściła się w nim zaledwie garstka pożywienia.

oczywiście żaden lekarz nie zakwalifikowałby mnie na taki zabieg,
bo mojemu BMI daleko jeszcze do magicznej 40-tki,
a i sama bym pewnie stchórzyła, w ostatniej chwili uciekając spod skalpela –
ale pomarzyć dobra rzecz. sami przyznacie, że efekty są spektakularne!

swego czasu – w akcie desperacji – obsesyjnie czytałam blogi i fora dyskusyjne
dla “porcelanowych motyli”, po cichu licząc na to, że “złapię bakcyla” anoreksji,
albo przynajmniej spróbuję przyswoić filozofię życia pro-ana, niejedzenia i chorego perfekcjonizmu.
nie, nie żartuję. nigdy nie smiałabym kpić z tak poważnej choroby,
ale w tamtym okresie, gdy sama przechodziłam głęboką depresję i tyłam na potęgę,
wydawało mi się, że – w obliczu mojej uogólnionej życiowej niemocy –
głodowanie będzie jedynym skutecznym wyjściem z sytuacji.

choć moja depresja (z grubsza przynajmniej) minęła,
to nadal wydaje mi się, że drastyczne i szybkie schudnięcie
rozwiązałoby wszystkie moje życiowe problemy.
jest mi strasznie ciężko utrzymać się w żywieniowych ryzach –
jem kiedy jestem smutna, zła, sfrustrowana, przestraszona…

i chociaż piszę na blogu, że jestem świadoma i gotowa
na długi, ciężki i pełen wyrzeczeń proces odchudzania –
tak naprawdę przeraża mnie to jak jasna cholera,
zaś odległy i niepewny cel – [no bo ile kg tak realnie mogę schudnąć?
nie sądzę, bym wróciła do wagi 55kg…] – odbiera mi wiarę
w sens i sukces całego przedsięwzięcia.

od kilku dni boję się wchodzić na orbitrek. przeraża mnie zmęczenie,
pot, niewygoda i zmaganie się z własnym ciałem. przeraża mnie
żywieniowa asceza, przerasta mnie milion reguł dietetycznych
do zapamiętania, wdrożenia i codziennego i przestrzegania.
kończy się przeważnie na tym, że w swojej chorej wyobraźni
biorę do ręki wielką maczetę i kilkoma wprawnymi ruchami
bezlitośnie ociosuję swoje ciało z fałd tłuszczu i nadmiarowych kilogramów –
i oto jestem: … szczęśliwa?
chuj mnie tam wie.

dzisiaj zdecydowanie nie wierzę w odchudzanie.
będę gruba do końca życia.
gruba, brzydka i głupia?
oraz leniwa?

dobra, wyżaliłam się.
już mi lepiej. już mi przeszło.
idę się odchudzać.
Przyłączysz się? Ciałopozytywnie o życiu, tyciu i chudnięciu



Dodaj komentarz