jasne, że nie warto “poprzestawać na małym”,
ale na litość boską! – od czegoś trzeba zacząć…
zazwyczaj od zera, od niczego, od stanu ruiny i opłakania.
i pomału, kawałek po kawałku, chwila po chwili – wspinać się
coraz wyżej i wyżej, choćby to był jeden pieprzony centymetr dziennie,
dwadzieścia jeden gram, pół mililitra, trzy minuty i czterdzieści siedem sekund –
mozolnie, pokornie, w pocie czoła, w umęczeniu, upokorzeniu i kołataniu serca.
mało to estetyczne. i bardzo mało sexy. musicie mi uwierzyć na słowo.

tymczasem w internecie wszystko jest już gotowe, zaliczone i wykonane:
to co trudne, ciężkie i nieprzyjemne – dokonało się niejako zaocznie –
poza naszym spojrzeniem, dyskretnie i niepostrzeżenie, w kuluarach realności –
i teraz oto objawia wszem i wobec swój spektakularny finał:

patrzcie jak chromi odrzucają kule i laski, trędowaci pieszczą się po gładkich licach,
do niedawna głusi tańczą teraz i grają na bębenkach pośród szumiących drzew,
amerykańskie dziewczyny z gabarytów mutant-masa płynnie przechodzą w rozmiar xs,
a małe sparaliżowane dziewczynki powstają z wózków i śpiewają ‘ave maria’
przed katartycznie łkającymi jurorami programu ‘mam talent’ – i oto tłum szaleje,
publiczność katapultuje się z krzeseł celem wykonania owacji na stojąco,
internuci klikają ‘like!&share!’, a na fejsbuniu powstają fanpejdże:
“Od urodzenia nie ma nóg, a przeszedł na własnych rękach całe Stany Zjednoczone!”,
“Schudła 150kg i zdobyła Mont Everest!!!”, “Była niemową, ale zaśpiewała dla Jezusa!”.

bardzo lubię i szanuję te pokrzepiające historie, zwłaszcza że youtube to prawdziwe
repozytorium egzemplów, mirakli i żywotów świętych, nieugiętych i cudownie odmienionych.
naoglądawszy się więc propagandowych filmików o woli i mocy,
poczułam nagle, że tak… że ja też… że chcę! że mogę!

i oto wstaję z impetem, przewracając krzesło –
jeszcze przez chwilę trzymam się kurczowo stołu,
nie zważając na to, że przyciasny dres wpił mi się boleśnie w tyłek,
co wygląda naprawdę żałośnie, ale przecież ja – oczami wyobraźni – już jestem tam…!
w technikolorowym filmiku full HD, gdzie prężę się w skąpym bikini,
dołączając do panteonu tych, którym się udało – tak szybko, tak bezboleśnie, tak… wow, uszanowanko!

powróciwszy do rzeczywistości, spędziłam godzinę boleści i upokorzenia na orbitreku,
gdzie dosłownie wyrzygiwałam swoje wnętrzności z wysiłku, zlewałam się potem
i zagotowałam do 180 stopni w neoprenowym gorseciku oh-so-fuckin-fitness.
ale z dumą stwierdziłam, że oto przeturlałam się na tej diabelskiej maszynie
circa about 15 kilometrów i spaliłam całe 200 jebanych kalorii – więc pękając z dumy,
postanowiłam się pochwalić.
no na fejsbuniu, a gdzie? przecież nie wyjdę na balkon,
żeby wykrzyczeć przechodniom: “Habemus papam! I did it!!!”.

wkleiłam focię. czekałam na lajki. lecz spotkało mnie rozczarowanko. niemałe zresztą.
bo tłum znajomych – zamiast ekstatycznie wiwatować – rzeczowo zauważył:


potem było jeszcze gorzej:
![]()

i tak oto czara goryczy szybko została przelana:


ależ…! … przecież! … jak mogłaś??!! how could you, do kurwy nędzy?!!
o nieeee…
dosyć tego!!!

nikt mi nie będzie mówił, jak szybko powinnam biegać,
ile kalorii spalać i jak długo się masturbować,
o seksie nie wspominając!!!

Przyłączysz się? Ciałopozytywnie o życiu, tyciu i chudnięciu



Dodaj komentarz