nie rozumiem, dlaczego wrodzona polska smuta i bliżej niezidentyfikowane poczucie winy
każe nam żałować za grzechy minionego roku i obiecywać poprawę w tym nadchodzącym,
z dnia na dzień narzucając nam sztywne ramy i wszelką wstrzemięźliwość.
przecież zabawa dopiero się zaczyna!
tymczasem zdecydowanie bliżej mi do karnawału w Rio
niż solennych noworocznych postanowień i słowiańskich pobożnych życzeń, ale się staram.
ja jestem dziewczyna z południa, co prawda krymskiego, ale jednak.
styczeń ma dla mnie zbyt niską częstotliwość – po listopadowym pełnym zanurzeniu w noc i grudniowej feerii świateł –
w styczniu czuję się tak, jakby ktoś znienacka wystawił mnie nagą na ulicę.
dlatego tak szybko i niemal niezauważalnie hibernuję się i zapadam w sobie,
a dookolna styczniowa rzeczywistość ustępuje pod naporem moich słonecznych snów.
nie tylko o potędze.
innymi słowy – z wrodzoną sobie egzaltacją, dramą i przerostem formy nad treścią –
próbuję się niniejszym przebić przez twardniejącą na kamień skorupkę noworocznej chandry.
puk
puk
puk
ps. a wy co postanowiliście, obiecaliście i przedsięwzięliście z okazji nowego roku?
może jednak dam się zainspirować jakimś sensownym myśleniem życzeniowym… ;)



Dodaj komentarz