przepraszam za wszystkie maile i smsy, na które nie odpisałam,
ale znów zniknęłam i mnie “nie było”, gdyż po raz kolejny miałam przyjemność z czymś,
co w wielkim skrócie i dużym uogólnieniu mogłabym nazwać “grypą żołądkową”.
no wiecie, rozstrój całego organizmu. ale tak całego i po całości – od góry do dołu,
od tyłu do przodu i z powrotem, i jeszcze raz. i powtórka!
tknęło mnie jednak, że dziwny ten rotawirus, skoro wrażliwa z natury Syd
opiera mu się już kolejny dzień i ani myśli ulec, ja zaś – potężna jak kombajn, drapieżna jak glebogryzarka
i odporna jak ruski czołg – daje się tak poniewierać po wielokroć.
i wtem mnie oświeciło!
ha! przecież dawno nie odrabiałam “zadań domowych” z psychosomatyki stosowanej!
a przecież!
więc jednak…
a kuku!
owszem, z nerwów potrafi mnie przećwarzyć do cna, ściećwierzyć i wymłócić do gołej kości.
w ten właśnie sposób “przygotowałam się psychicznie” do dzisiejszej operacji nosogardzieli Kumoka.
rano poprawiłam sobie jeszcze dwiema tabletkami relanium i niemal na czworaka doczołgałam się do kliniki weterynaryjnej,
a następnie odpadłam od ściany, tracąc przytomność – dosłownie i w przenośni.
na więcej dzisiaj nie mam siły, dodam tylko, że mopsia pacjentka ma się świetnie, ale przecież nie mogło być inaczej! :)
ja natomiast cudownie ozdrowiałam, ale po tym wszystkim jestem po prostu – pardon le mot – zjebana jak koń po wielkiej pardubickiej.
o serwerach, urban marketach, lalkach, akcjach z bałaganem w torebkach – napiszę jutro.
no to cześć!
acha, tutaj zostawiam wam coś, od czego się uzależniłam – strasznie:
the ceilling is closing my eyes
someone should wake me before I die
there’s something you don’t know…


Dodaj komentarz