oczywiście, że nadal się odchudzam, dbam, pilnuję i takie tam –
nie jem słodyczy, pszenicy i tysiąca innych rzeczy, ale faktem jest,
że ostatnimi tygodniami tyle się działo (także w mojej głowie),

iż jakoś tak przestałam się dietą podniecać i zaczęłam traktować ją naturalnie,
mimochodem oraz najzwyczajniej na świecie. bożesz, kurwasz, co za składnia?!!
jak widać – opuściłam się we wszystkim. nawet w budowaniu zdań złożonych.
czas na restart.
niestety z doświadczenia wiem, że jeśli coś przestaje mnie podniecać, ekscytować i napędzać,
to mam jak w banku, że lada chwila po prostu o tym zapomnę
i któregoś dnia ocknę się upaprana czekoladą albo tartą owocową z mascarpone.

i to nie będzie urocze, o nie!
to będzie żałosne, smutne i bardzo, bardzo, bardzo rozczarowujące…

dlatego też postanowiłam na nowo wzbudzić w sobie dietetyczne poruszenie z efektem wow!
codziennym ważeniem się, liczeniem kalorii, pilnowaniem godzin posiłków
oraz pełnym satysfakcji podszczypywaniem się w malejący tyłek.

okazja ku temu idealna, bo oto dostałam nowe zalecenia od mojego Osobistego Coucha.
muszę sobie teraz wszystko ślicznie poukładać w mojej kretynicznej główce
i przestrzegać coraz dłuższej listy zaleceń. i ćwiczyć. ćwiczyć. ćwiczyć.

a w ogóle to co sądzicie na temat tych wszystkich fitnessowych czarodziejek
z Ewą Chodakowską i Gillian Michaels na czele?
ktoś z was z nimi ćwiczy? są jakieś efekty?
(oprócz laptopów roztrzaskanych o ścianę)

hmmm… hmmm… sama nie wiem. czy bardziej siłownia?
czy może raczej obca baba drąca się na mnie z ekranu kompa…?
no nic, jak mawia moja Mama: „Dumał, nie dumał – carem nie budiesz!”
zaczynam od początku:

co prawda lżejsza o 7 kg niż 1,5 miesiąca temu, ale sami wiecie… dramat musi być.
ohhh…. ooooh! oh! oooooh!

no to idę się odchudzać!!! :)))
Przyłączysz się? Ciałopozytywnie o życiu, tyciu i chudnięciu



Dodaj komentarz