przepraszam, że tak bez słowa ostrzeżenia zrobiłam bloga na szaro. i na cztery spusty.
mało elegancko, ale bardzo w moim stylu. ona miała dość, więc ona wyszła.
trzasnąwszy drzwiami, strąciwszy wazon i niechcący stłukłszy żyrandol.
nie, bez sensacji, nikt mnie na blogusiu czy fejsbuniu nie obraził,
nikt mnie nie dotknął, nie uszczknął, mi nie zrobił kuku. zresztą – jak wiadomo –
na internetowe hejty panów arkadiuszów z sosnowca, pań grażyn spod żagania
czy innych aktywistów jedynie słusznej prawdy z województw ościennych
mam głęboko i permanentnie wy…krop.ko.wa.ne.
więc nie, nie przestraszył mnie żaden narodowiec.
sama się przestraszyłam. nagle w zabrakło mi powietrza.
zaczęłam się panicznie dusić w jazgoczącym tłumie facebookowych
cyrkowców, akwizytorów, filmików z kotami, fot z psiapsiółkami,
zaliczonych imprez, trendsetterów, lifestylerów, leserów, polityków,
ociemniałych pięciolatek śpiewających ave maria na youtubie,
podbojów ladacznic, łkania pokutnic, heroizmu matek polek, sukcesów korpo-ojców,
rakotwórczych cukrów, start-upów, mock-upów, projektów, projekcików, zwykłych chujków,
egzotycznych urlopowiczów, samozwańczych artystów, zakamuflowanych oportunistów, prestidigitatorów z ngo’sów,
szafiarek, blogerek, designerów, jedynych prawdziwych Polaków, sprzedawczyków, cebulaków.
i oto na facebooka ja – cała na biało –
i dokładnie taka sama, jak wszyscy wymienieni powyżej,
brodząca po kolana w tym internetowym gównie, boczkiem-boczkiem, bo tak tłoczno i głośno,
rozdająca lajki i klepana owymi lajkami po plecach, po dupie, po ryju – zależy gdzie kto trafi.
zewsząd słychać tylko żenujące plaskanie, przyspieszone oddechy, zduszone jęki.
i tak drepczemy w miejscu godzinami, ocierając się o siebie w facebookowym tłoku pośpiesznie i beznamiętnie,
bez żadnej iskry z tego rozpaczliwego impotentnego tarcia, zwarcia, ruchów pozornych i nieustannej wymiany partnerów.
ja szanuję ludzi, ale mam dość. ulało mi się. wprost na głowę.
jak w chińskich torturach wodnych.
oto kropla przelewająca czarę, rozpierdalająca skałę i wwiercająca się w mózg.
lajk, Olga, lajk! jest fajnie, jest dobrze, jesteś wporzo. tak, jestem gepard Chester, na luzie ze mnie gość, żyję spoko,
lecz gdy Chitos zobaczę, to coś we mnie wzbiera, ślinię się i płaczę, chrupiącego chcę sera!
Kurczę, to jest afera! Chitos grają fair! One mają smak sera! To naprawdę chrupiący ser!
w dzieciństwie dzieliłam się na podwórku kanapką, jabłkiem, piciem – daj gryza, daj łyka,
daj mi kawałek swojego DNA – otwierałam ufnie usta, przyjmując kawałek wyżutej już trochę, ale wciąż słodkiej gumy Donald.
teraz zamiast dzielić – share’uję na fejsie te same opinie, linki, klipy i wydarzenia. tak, popieram, dołączam, będę, przyjdę –
wcale nie, bo zapomnę, pominę, przemilczę. tak lekko i beztrosko, jak gdyby nie pamiętając czasów,
kiedy umówiona pod trzepakiem albo na osiedlowym “hydro” o 16.00 musiałam być i koniec, bo inaczej afera, obraza
albo chór szczerbatych drących się pod blokiem “Ooool–kaaaa!!! Wyyyy–łaaaaź!!!”.
dzisiaj nic i nikt, pełna dyskrecja, nikt nie wnika, co z oczu, to z serca i z listy uczestników eventu.
dawniej potrafiłam przesiedzieć z kimś 7 godzin nad jedną herbatą za 2,50 zł – przy Krakowskim Przedmieściu,
na rogu, w kawiarni Poziomka, na samym końcu przy oknie.
kiedyś, godzinami napierdalając przez telefon, regularnie płakałam nad rachunkami z Polkomtela.
dzisiaj nie dzwonię. i nikt nie dzwoni do mnie. tym bardziej, że i tak nie odbieram. nie odpisuję. nie odpowiadam.
czasem biorę do ręki komórkę i przesuwam palcem po dziesiątkach nazwisk z książki telefonicznej.
próbuję coś napisać. kasuję. próbuję. kasuję. kasuję. kasuję. nie, bez sensu. przecież ten ktoś pomyśli, że jestem nienormalna.
że się narzucam. że zabieram cenny czas. przynudzam. po co? odkładam wyciszony telefon. potem już nawet nie pamiętam, gdzie leży.
oraz że się rozładował. oraz że znowu nie zapłaciłam rachunku, więc mi go zablokowali. nie spieszę się jednak.
przecież i tak nie jest mi potrzebny. nikt nie jest mi potrzebny. oduczyłam się rozmawiać. zamknęłam się na głucho.
„Siedzę i słucham ciszy. Pokój jest po prostu wybielony wapnem. Czasem na białym suficie wystrzeli kurza łapka pęknięcia,
czasem płatek tynku obsuwa się z szelestem. Czy mam zdradzić, że pokój mój jest zamurowany? Jakżeż to? Zamurowany?
W jakiż sposób mógłbym zeń wyjść? Otóż to właśnie: dla dobrej woli nie ma zapory, intensywnej chęci nic się nie oprze.
Muszę sobie tylko wyobrazić drzwi, dobre stare drzwi, jak w kuchni mego dzieciństwa, z żelazną klamką i ryglem.
Nie ma pokoju tak zamurowanego, żeby się na takie drzwi zaufane nie otwierał, jeśli tylko starczy sił, by mu je zainsynuować.”
[Bruno Schulz, Samotność]
nie otwieram. nie otworzę.
problem w tym, że przywykłam żyć słowami. a te – gdy nie wypowiedziane, nie napisane – buzują we mnie,
rozgałęziają się do granic absurdu, fermentują, nie dają mi spać, by potem i tak ulec wstydliwemu rozkładowi.
“W starych mieszkaniach bywają pokoje, o których się zapomina. Nie odwiedzane miesiącami, więdną w opuszczeniu
między starymi murami i zdarza się, że zasklepiają się w sobie, zarastają cegłą i, raz na zawsze stracone dla naszej pamięci,
powoli tracą też swą egzystencję. Drzwi, prowadzące do nich z jakiegoś podestu tylnych schodów,
mogą być tak długo przeoczane przez domowników, aż wrastają, wchodzą w ścianę,
która zaciera ich ślad w fantastycznym rysunku pęknięć i rys.
– Wszedłem raz – mówił ojciec mój – wczesnym rankiem na schyłku zimy, po wielu miesiącach nieobecności,
do takiego na wpół zapomnianego traktu i zdumiony byłem wyglądem tych pokojów.
Z wszystkich szpar w podłodze, z wszystkich gzymsów i framug wystrzelały cienkie pędy
i napełniały szare powietrze migotliwą koronką filigranowego listowia, ażurową gęstwiną jakiejś cieplarni,
pełnej szeptów, lśnień, kołysań, jakiejś fałszywej i błogiej wiosny. Dookoła łóżka, pod wieloramienną lampą,
wzdłuż szaf chwiały się kępy delikatnych drzew, rozpryskiwały w górze w świetliste korony, w fontanny koronkowego listowia,
bijące aż pod malowane niebo sufitu rozpylonym chlorofilem. W przyspieszonym procesie kwitnienia kiełkowały w tym listowiu ogromne,
białe i różowe kwiaty, pączkowały w oczach, bujały od środka różowym miąższem i przelewały się przez brzegi,
gubiąc płatki i rozpadając się w prędkim przekwitaniu.
– Byłem szczęśliwy – mówił mój ojciec – z tego niespodzianego rozkwitu, który napełnił powietrze migotliwym szelestem,
łagodnym szumem, przesypującym się jak kolorowe confetti przez cienkie rózgi gałązek.
Widziałem, jak z drgania powietrza, z fermentacji zbyt bogatej aury wydziela się i materializuje to pospieszne kwitnienie,
przelewanie się i rozpadanie fantastycznych oleandrów, które napełniły pokój rzadką, leniwą śnieżycą wielkich, różowych kiści kwietnych.
– Nim zapadł wieczór – kończył ojciec – nie było już śladu tego świetnego rozkwitu. Cała złudna ta fatamorgana była tylko mistyfikacją,
wypadkiem dziwnej symulacji materii, która podszywa się pod pozór życia.”
[Bruno Schulz, Traktat o manekinach]
bardzo dbam o to, żeby wychodzić z domu. i mówić. mimo wszystko rozmawiać. przecież lubię. potrzebuję. muszę.
cieszę się, mam słowotok, gestykuluję. co z tego, gdy nawet w gronie zaufanych rozmówców,
już w połowie wypowiadanego zdania tracę wiarę w jego sens i zastanawiam się,
czy jednak nie mogłabym krócej, zwięźlej, konkretniej – czy już teraz nie powinnam postawić kropki,
pożegnać się grzecznie i wyjść.***
________________________________________________________________________________________
*** to jest bardzo dużo piętrowo poukładanych słów w zdania wielokrotnie złożone –
o tym, że bardzo potrzebuję realnego kontaktu z ludźmi. i o tym, że rozpaczliwie próbuję się nie zasklepiać w sobie.
oraz o tym, że jest to dla mnie trudne. i że zwłaszcza teraz, zimą,
najłatwiej jest mi schować się i udawać, że nie istnieję. że nikogo nie ma w domu.
i że nie wiem, kiedy wrócą. oraz że nie mam czasu. zajęta jestem.
sama ze sobą. wymyślam historie, bawię się i gram w swoje gry.
oraz tonę.





Dodaj komentarz