nie poddaję się, walczę, nie odpuszczam. ale. ale. ale.
to wszystko jest cholernie trudne. nie, nie podjadam. nie łamię zasad diety.
Krzysiaczek żłopie przy mnie piwo, popijając Dr Pepperem i wpierdala czipsy,
robię zakupy, przechadzając się między półkami zajebanymi słodyczami,
konserwantami, tłuszczem i resztą popularnych pyszności
i wiem, że 99% sklepowego asortymentu jest nie dla mnie,
odwiedzam Posłańca i zamawiam czarną kawę oraz gorącą wodę z imbirem i cytryną,
podczas gdy na barze pysznią się tarty, a ja naprawdę nie muszę. nie, bo nie.

nie to jest moim problemem. tym razem jestem – o dziwo! – odporna na pokusy.
ale za cholerę nie potrafię, nie umiem, gubię się i mylę –
zaplanować sobie dnia, przygotować zawczasu posiłki z jadłospisu,
by potem trzymać się grzecznie wyznaczonych godzin.

zamiast tego mam jeden wielki chaos i w rezultacie bezsensownie omijam posiłki,
nie dojadam, by potem zjeść podwójnie – co z tego, że dozwolone i niskokaloryczne,
skoro ideą diety jest także wyrównanie skaczącego poziomu cukru we krwi,
który odpowiada za napady głodu i obsesyjnego pragnienia słodyczy.
drugą sprawą jest wczesne chodzenie spać.
walczę ze sobą, naprawdę.
jakie macie sposoby na “uporządkowanie” swojego dnia
i wyregulowanie trybu życia?
any advice would be greatly appreciated.
Przyłączysz się? Ciałopozytywnie o życiu, tyciu i chudnięciu



Dodaj komentarz